Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment książki.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment książki.. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lutego 2019

Walentynka Betsaby .........



              "Więc dobrze, rzucę w powietrze Biblię, jeżeli upadnie otwarta, to Boldwood, zamknięta -Teddy. Ale nie, nie, nie jest bardziej możliwe, że upadnie otwarta. A więc otwarta - Teddy, zamknięta - Boldwood. 
               Biblia zatrzepotała w powietrzu i upadła zamknięta. Betsaba lekko ziewnęła i bez namysłu, z całym spokojem zaadresowała  walentynkę do Boltwooda.
               A teraz, Liddy, zapal świecę. Jaką pieczęć wybierzemy? Na tej jest głowa nosorożca, nic szczególnego. A to co? Dwa gołąbki? Nie, to musi być coś niezwykłego, prawda , Liddy? Tu jest pieczęć z jakimś zabawnym napisem , ale nie mogę go odczytać. Spróbujemy ją odcisnąć. Jeżeli się nie da, to weźmiemy inną.
               Przyłożyła dokładnie dużą czerwoną pieczęć i gdy wosk był jeszcze gorący, przysunęła ją bliżej oczu, by lepiej odczytać.
               Wspaniale! - zawołała z dziecinną pustotą, rzucając list - To rozśmieszyłoby nawet uroczystego proboszcza  i jego ministranta.
               Liddy spojrzała na słowa wyciśnięte na pieczęci i przeczytała.

                      Ożeń się ze mną!


               Tego samego wieczora list został wysłany; w nocy przyłożono na nim stempel urzędu pocztowego w Casterbridge, a nazajutrz rankiem powrócił do Weatherbury.
                Tak oto bezmyślnie i bez zastanowienia dokonano owego czynu. Betsaba dobrze znała miłość z opowiadań. Osobiście nie miała o niej żadnego pojęcia". [str.114]




                 "W Dniu Świętego Walentego o zmierzchu Bolwood zasiadł jak zwykle do kolacji przed kominkiem, na którym płonęły szczapy starego drzewa. Przed nim na kominku stał zegar pod rzeźbionym orłem z rozpostartymi skrzydłami, a na skrzydłach orła leżał list Betsaby. 
Do niego raz po raz biegło spojrzenie samotnego mężczyzny, aż duża czerwona pieczęć odbiła się krwawą plamą w jego źrenicach; podczas posiłku, mimo że wzrok jego nie sięgał tak daleko, widział w wyobraźni wyryte na kartce słowa :

                      Ożeń się ze mną!     

                  Ten zuchwały rozkaz był niby kryształ, który aczkolwiek sam w sobie bezbarwny, przybiera kolor otaczających go przedmiotów. Tu w zacisznej bawialni Boldwooda, gdzie wszystko, co niepoważne, wydawało się obce i niewłaściwe, gdzie przez cały tydzień trwała atmosfera purytańskiej niedzieli, list wraz z tym napisem tracił swoje pierwotne bezmyślne znaczenie i zapożyczał od nowego otoczenia jakiejś uroczystej powagi.
                   Od chwili gdy rankiem otrzymał ową przesyłkę, Boltwood czuł, że dotychczasową harmonię jego życia zaczyna powoli mącić przeczucie jakiejś idealnej namiętności".[str.115]



Thomas Hardy "Z dala od zgiełku",Nasza księgarnia, r. 2015,przełoż.R.  Czekańska-Heymanowa

Zdjęcie z filmu pochodzi ze strony Filmwebu.

                          
                    

piątek, 7 grudnia 2018

Grudniowy poranek na moich zdjęciach i we fragmencie prozy K. Siesickiej.


                                      Grudniowe, mroźne poranki mają niezaprzeczalny urok i są bardzo fotogeniczne. Warto więc wyjść o poranku,  w taki dzień, gdy słońce wstaje i daje zjawiskowe efekty, z aparatem. A także, by pooddychać świeżym, bo mroźnym powietrzem. Nie zawsze się mi to udaje, ale tak było właśnie wczoraj. 








              Tymczasem przyszedł grudzień. Kocham grudniowe poranki, pierwsze przymrozki, żałosne drzewa bez liści. Każdy miesiąc cieszy mnie z innych przyczyn, ale tylko grudzień - wzrusza.

                                                  fragment z "Zapałki na zakręcie" Krystyny Siesickiej 





         Jak można nie kochać takiego grudnia, gdy róże jeszcze w ogrodzie.....



       Pozdrawiam grudniowo wszystkich, którzy do mnie zaglądają nie zapominając, że jeszcze czasem coś piszę.

środa, 11 lipca 2018

"Ważne było lustro i korale". Wołyń 1943.......


                        Kilka dni temu skończyłam czytać
         

W książce tej znajdują się między innymi fragmenty mówiące o tym co działo się na Wołyniu w 1943 roku.  Chciałabym o tej książce napisać post ....może mi się uda, a dzisiaj by zwrócić uwagę na to, że 11 lipca jest dniem, w którym szczególnie przypominamy tamten czas, by to co się wydarzyło nie poszło w zapomnienie, cytuję krótki fragment, który nie zawiera drastycznych opisów, lecz wiele mówi o atmosferze tamtych dni.....  

            Marfa miała rację, że nie chciała dłużej zostać.
            I nie było sensu jej zatrzymywać.
           Wiktoria objęła ją, ucałowała, wynagrodziła, czym mogła, podziękowała za dotychczasową służbę i życzyła, by ją Bóg błogosławił. Marfa rzuciła się do całowania rąk Wiktorii. Rozstały się w zgodzie. Trudno jednak było odgadnąć, co tak naprawdę myślała Marfa, gdyż odchodząc zapytała :
            - Pani...A jakby tak...no, jakby się co stało, to czy ja mohu prijmati zierkało z sałona?
            Wiktorii mróz przeszedł po kościach, ale odparła :
            - Tak, niech Marfa weźmie.
            - I te korale. Czerwone, co wiszą w sypialni.  
            - Tak, i te korale.
            - Marfa zaczęła się rozglądać, co by tu jeszcze wziąć w razie czego, ale Wiktoria zirytowana powiedziała :
            - Niech Marfa już idzie. Jak mnie zabiją, to niech Marfa bierze, co chce. Nic mi już wtedy nie będzie potrzebne.
            Marfa ukłoniła się nisko, przeżegnała prawosławnym krzyżem i poszła, oglądając się co parę kroków.
             To rozstanie pozostawiło w Wiktorii niesmak i żal. Tyle dobroci, tyle serca okazanego Marfie i jej rodzinie nie liczyło się w ostatecznym rozrachunku. Ważne było lustro i korale. I przekonanie, że Wiktoria i jej dom tak czy inaczej skazane są na zagładę.
              Myślała o tym kilka dni, nie mogąc się zdecydować, co robić. Żal jej było wyjeżdżać, ale też i nie miała dokąd.
               Aleksander mieszkał kątem we Lwowie pod obcym nazwiskiem. Nie mógł jej zapewnić żadnej pomocy. Stefan z rodziną ukrywał się i zamierzał przedostać na Lubelszczyznę, a potem do Warszawy, byle dalej od spływających krwią Kresów. Postanowiła zostać. Nie zrobiła w końcu nikomu nic złego, z miejscowymi żyła w zgodzie i zawsze pomagała im, gdy tej pomocy potrzebowali.



                  ____________________________________






                 ______________________________________


Joanna Lustyk,Nad rzeką niepamięci,Wyd.Damidos,2013 r.,str.147-147

sobota, 23 czerwca 2018

.......ale nie mogę się od taty odwrócić, bo ten poranny to mój prawdziwy ojciec .......Franc McCourt o swoim ojcu.



                       
                         Dzisiaj wielki dzień, Dzień Ojca. Z tej okazji wszystkim ojcom dedykuję chwytający za serce fragment z pierwszej części wspomnień Franca McCourta, opowiadający o tym jak, mimo wszystko, postrzegał swego ojca, gdy był dzieckiem i jaką miłością go wówczas jeszcze darzył. 
                          Ten fragment jest jak lekcja poglądowa ukazująca czego najbardziej dzieci potrzebują od swych ojców.

                         




                        Wiem kiedy tata robi coś złego. Wiem, kiedy  przepija zasiłek i mama popada w rozpacz, bo musi żebrać w Stowarzyszeniu Świętego Wincentego i prosić o kredyt w sklepie Kathleen O'Connell.   Ale nie chcę odwracać się od niego i biec do mamy. Jak mógłbym to zrobić, skoro obaj wstajemy co rano wcześnie, kiedy wszyscy jeszcze śpią? Tata rozpala ogień, robi herbatę, podśpiewuje, albo czyta mi gazetę szeptem, żeby nie obudzić reszty rodziny. Mikey Molloy ukradł Cuchulaina, Anioł Siódmego stopnia gdzieś sobie poszedł, ale rano tata  wciąż należy do mnie. Wcześnie przynosi "  Irish Press" i opowiada mi o świecie, o Hitlerze, Mussolinim, Franco. Tłumaczy, że ta wojna to nie nasza sprawa, bo Anglicy znowu próbują swoich sztuczek. Mówi o wielkim Roosevelcie w Waszyngtonie i wielkim De Valerze w Dublinie. Rano mamy cały świat dla siebie i tata nigdy mnie nie przekonuje, że powinienem umrzeć za Irlandię. [.... ]   
                         [... ] Kiedy rano ma się ojca tylko dla siebie przy płonącym ogniu, nie potrzeba już ani Cuchulaina , ani Anioła Siódmego stopnia, ani niczego.
                        [...] Zanim położymy się spać, siedzimy przy ogniu; jeśli poprosimy tatę, żeby nam coś opowiedział, wymyśla coś na temat któregoś z sąsiadów i prowadzi nas po całym świecie, w powietrze, pod wodę i z powrotem na naszą uliczkę.[...]
                        [...] Po zakończeniu opowieści tata prowadzi nas na górę i klęka, kiedy odmawiamy modlitwę. Mówimy: Ojcze nasz, trzy Zdrowaś Mario, Boże pobłogosław papieża, Boże pobłogosław mamę, naszą zmarłą siostrę i braci, Boże pobłogosław Irlandię, De Valerę i każdego, kto tacie daje pracę.
                        - Śpijcie teraz, chłopcy, bo Bóg na was patrzy i zawsze wie kiedy jesteście niegrzeczni.
                         Myślę, że mój tata jest podobny do  Świętej  Trójcy, są w nim trzy osoby: ta poranna z gazetą, ta wieczorna od opowieści i modlitwy i ta, która robi złe rzeczy, po powrocie do domu pachnie whisky i domaga się, żebyśmy umierali za Irlandię.
                          Bardzo mi smutno z powodu tych złych rzeczy, ale nie mogę się od taty odwrócić, bo ten poranny to mój prawdziwy ojciec i gdybym był w Ameryce, mógłbym powiedzieć: "Kocham Cię, tato", tak jak mówią na filmach, ale nie można tego powiedzieć w Limerick, żeby nie zostać wyśmianym. Można powiedzieć, że się kocha Boga, dzieci i te konie, które wygrywają na wyścigach, ale wszystko inne świadczy o słabości głowy.




______________________________

Cytowane fragmenty pochodzą z książki "Popiół i żar" Franka McCourta wydanej przez Świat Książki w 1999 r. a przełożonej z angielskiego przez Hannę Pawlikowską-Gannon, ze stron 253-255 



                                

czwartek, 26 kwietnia 2018

Oriana Fallaci o tym czym jest rodzina i refren piosenki z Kabaretu Starszych Panów.


                Jak pisałam we wczorajszym  poście o "Liście do nienarodzonego dziecka"  poglądy pisarki są dla mnie w dużej mierze  kontrowersyjne. I tak, między innymi, nie zgadzam się z tym jak zaprezentowała rodzinę, a gdy czytałam cytowany poniżej  fragment przypomniały mi się słowa refrenu piosenki z Kabaretu"Starszych Panów".
                Dla Oriany Fallaci rodzina  to rodzaj zniewolenia jednostki :

                       Nie wierzę w rodzinę. Rodzina jest kłamstwem wymyślonym przez tego, kto urządził świat w taki sposób, żeby lepiej kontrolować ludzi, zmusić ich do przestrzegania zasad. Łatwiej się zbuntować, kiedy jesteśmy sami, poddajemy się łatwiej, kiedy żyjemy z innymi. Rodzina nie jest niczym innym, jest znakiem systemu, który nie może  zezwolić nam na nieposłuszeństwo, jej świętość nie istnieje. Istnieją jedynie grupy mężczyzn i kobiet, i dzieci zmuszonych nosić jedno nazwisko, mieszkać pod jednym dachem; często nie cierpiąc się nawzajem, wręcz nienawidząc. Ale wyrzuty sumienia istnieją, istnieją więzi, zakorzenione w nas, niczym drzewa stawiające opór nawet huraganowi, nieuchronne jak głód i pragnienie. Nigdy się od nich nie uwolnisz, nawet jeśli będziesz próbować ze wszystkich sił, ani wola, ani rozum na nic się tu nie zdadzą. Może nawet uznasz, że o nich zapomniałoś, ale pewnego dnia powracają, nieubłagane, żeby założyć ci pętlę na szyję lepiej od jakiegokolwiek kata. I udusić"./str.51/
                      
                     Nie przeczę, że bywają trudne rodziny i faktycznie jak jesteśmy młodzi chcemy się niejednokrotnie uwolnić od więzów jakie nas z rodziną łączą chcąc się ja najszybciej usamodzielnić. I jest to uważam właściwe, ale żeby ją traktować jak kata. To przerażająca wizja rodziny. 
                     A przecież, jak śpiewali Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski :


                                 Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest
  Lecz kiedy jej nima
Samotnyś jak pies.
                              

                             

czwartek, 19 kwietnia 2018

Życie.......mały fragment "Drabiny czasu" Anne Tyler.






               Jestem w trakcie czytania kolejnej, już czwartej książki Anne Tyler. Powieści tej pisarki bardzo trafiły w mój gust czytelniczy, być może dlatego, że opowiadają one o zwykłych, czasem zagubionych w życiu ludziach a szczególnie o dokonywanych przez nich wyborach i wpływie tych wyborów na koleje ich losów, co pobudza mnie do osobistej refleksji.
           Może kiedyś uda mi się napisać choćby zbiorczy post o tych książkach a dzisiaj zacytuję tylko krótkie zdanie, w którym bohaterka zadaje bardzo zasadnicze pytanie swojemu synowi :

            - Kiedy to się za mną stało? - spytała Carrolla.
            - Cooo?
            - No to, że kochana i śliczna przeobraziła się w głupią i nieudolną?
            Nie odniosła wrażenia, że Carroll ma na ten temat wyrobione zdanie.


___________________________________

*A.Tyler,Drabina czasu,przeł. H. Cieplińska,Świat Książki, r.1997,str.30

piątek, 16 marca 2018

Piątkowe zamyślenie z fragmentem książki "Nieznany uczeń Jezusa"


Ukrzyżowanie (obraz Tintoretta).


                           Niespodziewanie, bo przecież na rozpalonym niebie nie było nawet jednej chmurki, powiał gwałtowny, chłodny wiatr, jaki wieje od morza w porze ulewnych deszczów, w przerwie pomiędzy jednym opadem, a drugim. Podmuch ten wywołał dziwny dreszcz na ciele Jakuba. W całym swym długim życiu nie przeżył ani jednej chwili, którą mógłby porównać z tym, co właśnie odczuwał. Nie potrafiłby nawet w przybliżeniu wyrazić tego słowami, gdyż nie znał słów na opisanie wrażenia jakiejś potężnej mocy przybliżającej się majestatycznie do ziemi, Rosnąca rzesza gapiów też rozglądała się nerwowo nie rozumiejąc, dlaczego słońce zaciemnia się przedwcześnie i półmrok ogarnia wszystko aż po horyzont.
                           Jezus zapewne dostrzegł w nadchodzącym przejmująco półcieniu to, czego inni nie mogli zobaczyć, gdyż jego umęczone oczy zajaśniały wielką radością.
                           - Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego - zawołał donośnym głosem.
                           Po tych słowach jego głowa opadła bezwładnie na piersi. W tej samej chwili piorun na dwie części rozdarł podwoje nieboskłonu,
                           - Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym - z bogobojnym strachem powiedział centurion, który zaintrygowany wypadkami, odszedł od grających żołnierzy i stojąc naprzeciw krzyża widział wszystko dokładnie.
                           Przerazili się fałszywi oskarżyciele i bezrozumna gawiedź. Rzucili się do ucieczki, wracając do miasta kajali się za swoje winy.
                           Tymczasem z nieba lunął rzęsisty deszcz. Strugi życiodajnej wody wylewały się na zieloną trawę, na pola i ścieżki ludzkie. Jakubowi zdawało się, że Miłosierny, zsyłający deszcz na dobrych i złych, pragnie w ten sposób obmyć ziemię z największej niegodziwości, na jaką się własnie zdobyła.



                           Zacytowany fragment pochodzi z książki 
str.135-136


piątek, 9 marca 2018

Piątkowe zamyślenie z fragmentem książki "Judasz".





                              Wiedziałeś dobrze od dawna ,co się stanie. Dlaczego mi nie przeszkodziłeś?
Dlaczego, gdy wyciągnąłem razem z Tobą dłoń do misy, nie wziąłeś mnie za rękę, nie powiedziałeś : "Przyjacielu", nie pocałowałeś mnie wówczas? Dlaczego powiedziałeś do mnie niecierpliwie : "Idź i czyńże prędzej, co masz uczynić"? Chciałeś mnie zgubić i oto pociągnąłem Cię za sobą. O Panie, wezwałeś mnie, aby mnie odepchnąć, sprowadziłeś na manowce obietnicami, nie uczyniłeś mi nawet łaski jednego spojrzenia. Panie, o Panie, jakżeś mnie zdradził!
                     W tej chwili Jezus podniósł oczy ku niebu i zawołał wielkim głosem :  " Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" Niebiosa były czarne.
                      Judasz odrywa wzrok od krzyża. Patrzy znów na siebie. Jest wolny, wolny jak słoma w kurzawie. Biegnie i krzyczy.
                       Może biec i krzyczeć jak ziemskie zwierzęta. Niebiosa są czarne, nikt go nie widzi. Nie myśli o niczym. Może biec i krzyczeć.
                        Niebiosa są czarne, zieleń bardziej niż zielona, opoka zbyt biała. Trawa wstaje jak sierść jeżąca się od strachu.
                        Judasz biegnie. Niebo zacznie wyrzucać ogień. Ziemia rozewrze się w milczące szczeliny. Ostatni krzyk Jezusa uderza w jego puste uszy.


____________________________________________

Lanza del Vasto,Judasz,wyd. PAX,r.1962,przełoż. Wanda Tazbirówna,str.198-199

sobota, 17 lutego 2018

Wyniki rozdawajki rocznicowej...



           Zima się umacnia, ale nie mam aktualnych zdjęć. Jest tak mało przyjemnie na polu, że nie chce mi się pstrykać. Wczoraj na moment  wyszło słońce i już się ucieszyłam, że dzień będzie przyjemny, ale nic z tego. Chmury przesłoniły niebo i prawie cały dzień padał śnieg.
                       Ja tak o pogodzie a tu już pora na wyniki mojej małej rocznicowej rozdawajki. Zgłosiło się do niej  osiem osób :

1/Barbara Wójcik
2/Agnieszka Kaniuk
3/Izabela Łęcka-Wokulska
4/Grażyna Kowalik
5/martucha 180
6/Zaczytana
7/Syla
8/Anonimowy...Małgorzata Komorowska

        W losowaniu pomógł mi mąż, który z pośród 8 liczb wybrał 3-kę a więc tym razem szczęście dopisało Izie . Izo  gratuluję i proszę przypomnij mi adres.

    Dziękuję  wszystkim za udział w zabawie a post zakończę fajnym  fragmentem świetnej książki, którą właśnie skończyłam czytać :
         



     W ubiegłym tygodniu podpisał papiery w sprawie przyjęcia Rity do szpitala. Miała tam spędzić tylko jedną noc, o ile wszystko pójdzie, jak powinno. Pierwszego dnia miał być odpowiedzialny za jedną osobę, a drugiego za dwie. Dwie? Wówczas uprzytomnił sobie : dziecko. Jedną osobę się wpisuje, wypisuje dwie. To wygląda na sztuki magiczne. Nigdy dotąd nie zwrócił uwagi, jak bardzo zdumiewający był to system./str.371/

        

          Pozdrawiam ciepło i serdecznie wszystkich do mnie jeszcze zaglądających.

środa, 14 lutego 2018

O pokucie we fragmencie książki Anne Tyler p.t. " Święty. Być może".



źródło
       


      Dzisiaj Środa Popielcowa zaczynająca w katolickim kościele okres Wielkiego Postu,  czasu pokuty i duchowego przygotowania się do przeżywania Świąt Wielkanocnych. Jest to m również czas refleksji nad tym czym jest pokuta, na czym powinna polegać. I tu idealnym do zrozumienia jej sensu wydaje mi się być fragment książki, którą teraz czytam, a który muszę przyznać bardzo mnie poruszył i dał mi do myślenia. 
     

             - A więc mi nie wybaczono?
             - O, nie.
             - Ale myślałem, że na tym to polega - powiedział Ian. - Myślałem, że Bóg przebacza wszystko.
             - Przebacza - odparł pastor Emmett. - Ale nie możesz powiedzieć tylko ot tak : "Przepraszam, Boże". Ba, każdy mógłby tyle zrobić! Musisz naprawić zło, okazać gotowość konkretnego, rzeczywistego zadośćuczynienia, zgodnego z regułami naszego kościoła.
             - Ale co wtedy, kiedy nie istnieje żadne zadośćuczynienie? Jeśli jest to coś, czego nie da się niczym naprawić?
             - No cóż, wtedy, oczywiście, wkracza Jezus.
             Jeszcze jeden paraliżujący symbol : "Jezus". Ian odwrócił wzrok.
             - Jezus pamięta, jak trudne może być życie na ziemi - mówił dalej pastor Emmett. - Pomaga w tym, czego naprawić nie można. Ale jedynie wtedy, gdy najpierw sam spróbujesz to uczynić.
             - Spróbować? Jak spróbować? - zapytał Ian. - Co musiałbym zrobić?
             Pastor Emmett zaczął zbierać śpiewniki pozostawione na krzesłach . Najwyraźniej był tak pewien odpowiedzi, że nawet nie trudził się, aby o niej myśleć.
             - No cóż, po pierwsze : będziesz musiał zając się tymi dziećmi - powiedział.
             - Okay. Ale zając się....w jakim sensie właściwie?
             - Hm, no cóż, chyba je wychować.
             - Hę? - rzekł Ian. - Ależ ja jestem dopiero na pierwszym roku studiów!
             Pastor Emmett zwrócił ku niemu twarz, przyciskając stos śpiewników do wklęsłego przodu koszuli.
            - Przeważnie jestem w Pensylwanii, a nie tutaj! - dodał Ian.
            - To może powinieneś to rzucić?
            - Rzucić?
            - Właśnie.
            - Rzucić naukę?
            - Właśnie.
            Ian wlepił w niego oczy.
            - To jest coś w rodzaju testu, prawda? - powiedział wreszcie.
            Pastor Emmett skinął głową uśmiechając się. Ian odetchnął z ulgą.
            - To test Boży - powiedział do niego pastor Emmett.
            - A więc...
            - Bóg chce wiedzieć, co jesteś gotów zrobić, żeby naprawić krzywdę, którą wyrządziłeś.
            - Ale On nie kazałby mi rzeczywiście tak postąpić - rzekł Ian.
            - Jakże inaczej ma się o tym dowiedzieć?
            - Zaraz - powiedział Ian. Mówi pan, że Bóg chciałby, żebym zaniechał moich studiów. Mam zmienić wszystkie plany, jakie rodzice mają wobec mnie, i rzucić naukę?
           - Tak, jeśli istnieje taka potrzeba - rzekł pastor Emmett,
           - Ależ  to wariactwo? Musiałbym zwariować!
           - "Nie miłujmy słowem ani językiem - powiedział pastor Emmett - ale czynem i prawdą". Święty Jan, List Pierwszy, rozdział trzeci, osiemnaście.
           - Ależ ja nie mogę tej kupy dzieciaków wziąć na siebie? Co pan myśli, kto ja jestem? Mam dopiero dziewiętnaście lat! - zawołał Ian. - I w ogóle co to za podejrzana religia?
           - To religia pokuty i całkowitego odpuszczenia - odpowiedział pastor Emmett. Jesteśmy Kościołem Powtórnej Sposobności.
           Potem umieścił śpiewniki na ladzie i odwrócił się, żeby ofiarować Ianowi uszczęśliwiający uśmiech. Ian pomyślał, że nigdy dotąd nie widział człowieka tak doskonale spokojnego i pojednawczego.



 







 Świat Książki, 1997 r. str.140-141   

wtorek, 30 stycznia 2018

Muzyka wywierała na nim jakieś dziwne wrażenie, jego twarz łagodniała, reagował na nią całą duszą......fragment ...


            Lubię,  gdy w czytanych powieściach spotykam treści, które inspirują mnie do wkraczania na tereny sztuki czy też muzyki. Jest to idealna przyczyna do tego, by poznać coś czego jeszcze nie znam lub powrócić do tego co znam i rozszerzyć swą wiedzę; obejrzeć czy też posłuchać. Takie posty można spotkać na moim blogu.
             I tak również jest w przypadku "Dziewczyny o zielonych oczach", gdyż Eugeniusz wprowadzał Caithlen, z cierpliwością rzadką u mężczyzn, nie tylko w świat doznań erotycznych. A ja przypomniałam sobie przy okazji o istnieniu kompozytora, którego nazwisko było mi znane, ale muzyka, którą komponował raczej nie.



            Leżałam w jego ramionach i mogłam myśleć tylko o tym, co stanie się za chwilę. Eugeniusz nastawił płytę i muzyka wypełniła pokój. Na dworze deszcz bił w okna i woda przeciekała przez futryny. Panowała cisza i słychać było tylko deszcz i muzykę. On słuchał z zamkniętymi oczami. Muzyka wywierała na nim jakieś dziwne wrażenie, jego twarz łagodniała, reagował na nią całą duszą.
            - To Mahler - rzekł, podczas, gdy ja spodziewałam się, że powie : "Możesz zostać albo możesz sobie iść".
            - Lubię pieśni, które mają słowa - powiedziałam, żeby wyjaśnić mu dokładnie swój pogląd. Ale on miał oczy zamknięte i wydawało mi się, że mnie w ogóle nie słyszy. Muzyka przypominała mi wciąż ptaki, ptaki podrywające się do lotu i zakłócające łagodną ciszę letniego wieczoru; kruki krążące nad starym kamieniołomem, zwielokrotnione własnymi cieniami i nieustannym krakaniem. Pomyślałam o ojcu i wydało mi się, że znów przyjdą po mnie tej nocy.
           - Ale ta muzyka ma słowa - rzekł Eugeniusz niespodziewanie. A więc słyszał, co mówiłam. - Słowa doskonalszego rodzaju, ta muzyka mówi o ludziach, o ich życiu, o postępie, wojnach, głodzie, rewolucjach... Muzyka może wyrazić instrumentem tak prostym jak fujarka całą szarą, bezimienną mękę żywota.


              Nie mogę zaliczać się do melomanek, gdyż obecnie sporadycznie słucham muzyki klasycznej, a o udziale w  koncertach mogę tylko pomarzyć, ale swoją wrażliwość również na tego typu muzykę odkryłam w liceum, gdy słuchałam comiesięcznych występów muzyków i śpiewaków Operetki Gliwickiej, której artyści  co miesiąc witali w progach mojej szkoły......już nie pamiętam czy było to przez rok, czy dłużej, ale to wystarczyło, by słuchanie przynajmniej niektórych utworów było dla mnie przyjemnością, tak jak dzieje się to teraz, gdy, pisząc ten post, słucham przepięknej symfonii austriackiego kompozytora i dyrygenta epoki neoromantyzmu Gustawa Mahlera, który uważany  jest przez krytyków za jednego z najwybitniejszych symfoników w historii muzyki.


________________________________________
Edna O'Brien, Dziewczyna o zielonych oczach, przeł. M. Zborowska, Wyd. Książka i Wiedza,1975 r,str.215-216
         
.