środa, 19 lipca 2017

Pan Proust i księgarz z ulicy de Laborde........./środa z książką # 2/


                  W letnie miesiące niestety, z różnych przyczyn,  mam niezmiernie mało czasu na czytanie więc nadal jestem w Paryżu wgryzając się w bardzo interesujące  wspomnienia Celeste Albaret o Marcelu Prouście i latach z nim spędzonych. Z drugiej strony to też nie jest, ze względu na różnorodność wątków jaką książka zawiera, pozycja do szybkiego przeczytania -  chociaż czyta się ją łatwo i z przyjemnością. 

             Dzisiaj więc z okazji spotkania środowego u maknety zamieszczam kolejny  fragment z książki



ukazujący ogromne oddanie jakie cechowało Celeste, która nie miała łatwego zadania opiekując się  żyjącym zupełnie można rzec " na opak" pisarzem, który zamienił noc na dzień i dzień na noc, poświęcając ostatnie lata  życia wyłącznie swemu dziełu literackiemu.

Spodobał mi się szczególnie w tym fragmencie wspomnień księgarz Fontaine, który tak przywiązany był do swego zawodu i książek, że trudno mu się z nimi było rozstawać nawet na krótki czas nocnego odpoczynku.

           Nieraz też prosił, żebym wyszukała jakiś egzemplarz w stosie książek; światło małej lampki było słabe, a górnego światła nie zapalałam z przyzwyczajenia czy szacunku, nawet jeśli na to nie pozwalał, często więc nie mogłam tej książki znaleźć, pan Proust niecierpliwił się trochę i wreszcie mówił :
           - Rezygnuję. Wolę już, żebyś poszła do księgarni i kupiła.
           Szłam zatem do księgarni na ulicę do Laborde, między kościołem Saint-Augustin i bulwarem Haussmanna. Księgarz nazywał się Fontaine. Był stary, nosił małą myckę na głowie i biały kitel. Kochał swój zawód, wydawało się, że nie może się zdecydować na pozostawienie bez opieki swoich książek i nawet w okresie wojny nie zamykał sklepu przed pierwszą czy drugą w nocy. Przychodziłam i mówiłam, co jest potrzebne panu Proustowi; pan Fontaine najczęściej odpowiadał: 
            - Mam to i jeszcze to, ale niestety tej książki, o którą mu chodzi, nie mam. Myślę natomiast, że ta może mu się przydać. Jeżeli nie, proszę ją odnieść.
            Bywało, że wracałam do domu z kilkoma książkami. Wręczałam je panu Proustowi powtarzając słowa księgarza. Pan Proust tymczasem albo już zdążył zmienić temat, jak to się  zwykle działo ze wszystkimi innymi jego zachciankami, albo mi mówił:
            - Byłaby to znów strata czasu. Odłóż to, Celesto. I nawet nie spoglądał na te książki. Nie odnosiłam ich jednak do księgarni; zatrzymywał wszystkie.[*]




Post powstał w ramach 



________________________________________________

[*]Celeste Albaret,"Pan Proust, Wyd. Czytelnik, 1976 r, przeł. E.Szczepańska - Węgrzecka, str.131

środa, 12 lipca 2017

Celeste Albaret o celebracji parzenia kawy dla Marcela Prousta.......



                 Makneta przekształciła  środowe wspólne dzierganie i czytanie na

co oznacza, że głównym wyznacznikiem środowych spotkań u niej będą książki a zatem propagowanie czytelnictwa. Oczywiście mnie ta zmiana bardzo odpowiada, gdyż z robótkami na razie dałam sobie spokój i tak faktycznie tylko czytelnicze hobby u mnie funkcjonuje bez przerw. 
              Dzisiaj  bohaterką mojego posta w ramach środy z książką będzie więc oczywiście książka, ale głównie poprzez jej fragment, który mi się spodobał w trakcie czytania wspomnień  Celeste Albaret o Marcelu Prouście. Więcej o książce "Pan Proust" postaram się napisać, gdy ukończę jej lekturę. 



              Celeste, która od pewnego czasu codziennie przychodziła do domu Marcela Prousta, by pomagać  zajmującemu się nim Mikołajowi, tak wspomina celebrację parzenia kawy dla pisarza, który ogromną wagę przywiązywał do tego by jego codzienna filiżanka kawy była aromatyczna  :


        Zafascynowana patrzyłam, jak po południu Mikołaj przyrządza kawę na śniadanie dla pana Prousta - już wtedy był to nieomal jedyny jego posiłek w ciągu dnia - sprawa parzenia kawy wkrótce miała nabrać dla mnie wielkiego znaczenia.  
        Był to istny rytuał. Przede wszystkim nie wolno było używać innego gatunku niż Corcellet.  I trzeba było po nią chodzić tam, gdzie ja palono, do sklepu w XVII dzielnicy, przy ulicy de Levis,aby mieć pewność, że będzie świeża, dobra i aromatyczna. Filtr był także marki Corcellet i też nie można było zmienić tej marki. Nawet tacka była Corcellet. Filtr napełniało się bardzo drobno zmieloną kawą i aby uzyskać moc, jakiej wymagał pan Proust, woda musiała przechodzić bardzo długo, powoli, po kropelce, a wszystko odbywało się oczywiście nad parą. Trzeba też było dokładnie odmierzyć ilość kawy, żeby wystarczyło na dwie filiżanki - tyle dokładnie wynosiła pojemność srebrnego dzbanka - gdyby pan Proust po wypiciu pierwszej, dużej, miał jeszcze ochotę na drugą filiżankę.
         Ale to nie wszystko. Zazwyczaj pan Proust w przeddzień ustalał godzinę podania kawy i nazajutrz przygotowywało się ją zawczasu, na wypadek gdyby zadzwonił wcześniej. Zdarzało się jednak, że dzwonił później. Jeśli na przykład zapowiedział, że będzie pił kawę - nie określał nigdy dokładnie tej godziny, zawsze mówił około - około czwartej, mógł również zadzwonić dopiero o szóstej, bo postanowił dłużej wypoczywać albo astma męczyła go bardziej niż zwykle i przedłużał inhalacje dymne, które robił zawsze po przebudzeniu. W takich wypadkach, kiedy zapowiedziana godzina mijała, a dzwonka nie było słychać, należało zacząć filtrowanie na nowo, dobrze kalkulując czas, bo gdy woda przechodziła za szybko, albo też gdy kawa zbyt długo czekała na podanie, pan Proust wedle relacji Mikołaja, mówił : "Kawa jest obrzydliwa, cały aromat uleciał".


źródło

_______________

Celeste Albaret,"Pan Proust",wyd. Czytelnik,1976 r.,przeł. E.Szczepańska-Węgrzecka, str.39-40

środa, 5 lipca 2017

Jak minął mi czerwiec.....pod względem czytelniczym i co nowego się pojawiło w mojej biblioteczce...


          Połowa roku za nami, ależ ten czas biegnie ...i znów idziemy ku zimie. Lato przemknie z pewnością, jak zwykle szybko, później nastanie dość długa jesień i znów całą zimę, jeżeli będzie mi to dane,  będę oczekiwać  wiosny.
         Ale na razie minął czerwiec, w którym na blogu niewiele się działo, gdyż chociaż przeczytałam tym razem więcej niż w maju, bo aż cztery książki,  to jednak weny do pisania byłam pozbawiona zupełnie. I niestety ten stan się utrzymuje....

         Przeczytałam:
Smażone zielone pomidory Fannie Flagg 
Pustynię miłości  François Mauriaca
Miłość Peoni  Lisy See
Ethana Frome Edith Wharton.

Pierwsza książka wzięła wzięła udział  w dwu wyzwaniach czytelniczych, gdyż udało mi się napisać o niej post.
Druga i trzecia zostały złowione jako rybki w ramach wyzwania łów słów, ale niestety zostały wrzucone z powrotem do wody, gdyż brakło czasu i weny do napisania postów. I chociaż opinia o Pustyni miłości jest w trakcie pisania to jednak ze względu na to, iż wymaga głębszego zastanowienia nad treścią nie została ukończona i nie mogła zostać  opublikowana. Może uda mi się to niedługo zrobić.
         Jak widać dwie z wyżej wymienionych pozycje książkowe należą do klasyki literatury światowej przy czym jedna jest nawet autorstwa Noblisty a dwie pozostałe ukazują dwa, jakże odmienne światy, w zupełnie nie przystających do siebie czasach i kulturach.



        W czerwcu już nie szalałam, jak w poprzednich miesiącach z powiększaniem biblioteki, gdyż trafiły do niej tylko dwie książki



/ Gobelin z finty.pl/, a jedna z moich książek  opuściła biblioteczkę w postaci nagrody w konkursie. Pomału będę oczyszczać biblioteczkę z typowych czytadeł. Już raz to zrobiłam hurtem, a tym razem robię to z większym namysłem, nie pod wpływem impulsu.

A co w lipcu....kończę czytać Psalm u końca podróży i wezmę udział być może w wyzwaniu gra kolorów.


czwartek, 29 czerwca 2017

"Smażone zielone pomidory" - Fannie Flagg








Smażone zielone pomidory.


1 średni zielony pomidor na osobę

sól

tłuszcz z bekonu

biała mąka kukurydziana                                                                  pieprz

Pokrój pomidory na plastry o grubości około pół centymetra, posyp je solą i pieprzem, a potem obtocz z obu stron w mące. W dużej rynience podgrzej tyle bekonu, by przykrył dno i smaż pomidory, aż po obu stronach lekko się zrumienią.

          Niebo w gębie! To opinia bohaterki książki, Evelyn Couch, o tym daniu Sipsey, którym zajadali się bywalcy Whistle Stop Cafe u Idgie Threadgoode i Ruth Jamison.


          Jeżeli chodzi o potrawę muszę się zdać na gust i smak Evelyn, ale książkę, w której tytule została ona przywołana, przeczytałam z dużą przyjemnością. Fabułę jej już poznałam wcześniej z filmu, który został na jej podstawie nakręcony i być może dlatego dość długo czekała zanim po nią sięgnęłam i to dopiero za sprawą wyzwania gra w kolory.


         "Smażone zielone pomidory" doczekały się tak wielu opinii, szczególnie na LC, że nie ma sensu bym się dużo na ich temat rozpisywała.


         Akcja książki rozgrywa się w Alabamie na dwu płaszczyznach czasowych : współcześnie - głównie w 1986 roku, a retrospektywnie na przestrzeni XX wieku; przez lata wielkiego kryzysu po lata 70-te, ukazując szczegółowo losy zarówno białych, jak i czarnych bohaterów tej części powieści, którą poznajemy dzięki wspomnieniom Cleowej Threadgoode, które snuje ona przed poznaną w Domu Spokojnej Starości Evelyn Couch. Wspomnienia te są tak interesujące a wręcz frapujące, że Evelyn z ogromnym zainteresowaniem się w nie wsłuchuje za każdym razem, gdy spotyka się z sympatyczną i niezwykle pozytywnie nastawioną do życia staruszką.

          Te spotkania wywierają na nią ogromnie motywujący wpływ. Pozbawiona radości życia wskutek mało udanego pożycia małżeńskiego, przeżywająca trudny okres menopauzalny, Evelyn, która cierpi na dodatek wskutek swej nadmiernej tuszy, a mimo to wszystkie swe smutki zajada słodyczami, znajduje w starszej od siebie o wiele lat Ninny Threadgoode przyjaciółkę, która w swej dobroci potrafi nie tylko ją doskonale zrozumieć, ale również wykazać w czym kryje się jej urok, który, jak uważa, powinna wykorzystać w próbie podjęcia pracy jako przedstawicielka firmy kosmetycznej.

          Pani Threadgoode zmienia stosunek Evelyn do samej siebie, ale to bohaterka jej wspomnień, równie odważna co nieobliczalna, IngieThreadgoode, sprawia, iż z kobiety stłamszonej domową sytuacją, z której do tej pory nie widziała wyjścia, Evelyn staje się w pewnym momencie, po agresywnym ją potraktowaniun przez obcego młodego mężczyznę pełną gniewu Towandą Mścicielką, która zamierza oczyścić świat z całego zła, któremu winni są mężczyźni.


          Zanim napisałam ten post obejrzałam jeszcze raz film, który został nakręcony na podstawie powieści Fanny Flagg. Właśnie....na podstawie, gdyż niestety, jak to z filmami bywa, jego fabuła nie oddaje wiernie treści książki i to w istotnych wątkach. Również zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia. Film odebrałam więc tym razem z mieszanymi uczuciami......jedynie wątek Evelyn, i to nie tylko dzięki znakomitej grze obu aktorek / Kathy Bates jako Evelyn i Jessice Tandy jako Ninny/ obronił dla mnie ten obraz, chociaż postać Ninny została zubożona o jej wiarę chrześcijańską, którą Fannie Flagg mocno eksponuje w swej powieści, a którą ta się kierowała w swym życiu, i z której wypływał jej niezachwiany życiowy optymizm.


          Powracając do książki. "Smażone zielone pomidory" to, moim skromnym zdaniem, napisana z dużym polotem i pełna mądrości powieść, która dzięki różnorodności i prawdziwości stworzonych przez pisarkę postaci oraz ich przeżyć - radosnych czy też smutnych - oddziaływuje na emocje czytającego, raz poruszając wewnętrznie a innym razem doskonale bawiąc czytelnika. A ponadto zaraża go optymizmem, jaki z jej kart przebija, co jest jej ogromnym atutem.


___________________________________________

 Książka bierze udział w wyzwaniu gra w kolory i czytamy powieści obyczajowe.           

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Wyniki mojej rozdawajki........



    









Nadszedł czas na ogłoszenie wyników mojej rozdawajki, która trwała do soboty. Książkę, która była jej przedmiotem zechciało przygarnąć 11 osób, które wymieniłam tu zgodnie z kolejnością zgłoszeń :
 

1/kicikitata
2/Grażyna Kowalik
3/Aleksandra
4/Magdalena B
5/Izabela
6/Kasiek
7/Małgosia Xxookds
8/KINGA18
9/Agnes C
10/Zaczytana 56 Mama Dela
11/Peter 49 Ceniący książki 

Losowali dwaj moi domowi mężczyźni czyli mąż i syn poprzez szybkie wytypowanie numeru. Najpierw wymieniał liczbę syn i była to liczba 7 a po jakimś czasie poprosiłam jeszcze mojego męża,  i ku mojemu ogromnemu zdumieniu mąż również wytypował liczbę 7.
A zatem...los tak chciał.....i tym razem sprzyjając liczbie 7 sprawił, że książka
 trafi do rąk :

                                           
                                          Małgosi Xxookds.

Małgosiu, gratuluję serdecznie i życzę przyjemnej lektury.

A wszystkim pozostałym uczestnikom zabawy dziękuję bardzo.


Dobrego tygodnia czerwcowego, może już dla kogoś urlopowego, życzę wszystkim do mnie zaglądającym i witam serdecznie nowe osoby obserwujące mój blog. 

sobota, 10 czerwca 2017

W sobocie z poezją .......... "Dzika róża" K.I. Gałczyńskiego


DZIKA RÓŻA


Za Dzikiej Róży zapachem idź
na zawsze upojony wśród dróg —
będzie cię wiódł jak czarodziejski flet
i będziesz szedł, i będziesz szedł,
aż zobaczysz furtkę i próg.

Dla Dzikiej Róży najcięższe znieś
i dla niej nawiewaj modre sny.
Jeszcze trochę. Jeszcze parę zbóż.
I te olchy. Widzisz. I już —
będzie: wieczór, gwiazdy i łzy.

O Dzikiej Róży droga śpiewa pieśń
i śmieje się, złoty znacząc ślad.
Dzika Różo! Świecisz przez mrok.
Dzika Różo! Słyszysz mój krok?
Idę — twój zakochany wiatr.


                                                             K.I. Gałczyński                          
                                                                                     Obóz Altengrabow, 1943











P.S. Jeszcze do dzisiaj można się wziąć udział w  mojej wygrywajce.


_____________________________________________
zdjęcia są mojego autorstwa
wiersz zaczerpnęłam ze strony