piątek, 3 września 2021

Awans. Detektyw warszawski - Jakub Bielikowski

 



          Książkę, o której jest ten post zobaczyłam w klubie recenzenta na portalu nakanapie.pl . Bardzo rzadko czytam kryminały, ale tym razem jako wzrokowiec wpierw zwróciłam uwagę na okładkę a później doczytałam, że to retro kryminał osadzony nie tylko w bardzo intrygującym i malowniczym środowisku warszawskim, ale na dodatek w historycznym już czasie, gdyż w dobie rozbiorów, gdy Warszawa była III stolicą imperium rosyjskiego, którym rządził car Aleksander III. I to pobudziło moje nią zaciekawienie, gdyż powieść Jakuba Bielikowskiego zapowiadała nietuzinkową lekturę o charakterze kryminalnym z historycznym tłem, na dodatek napisaną przez kogoś kto za sprawą przeczytanej notki o nim jawił mi się ogromnie ciekawą postacią z bardzo bogatym i barwnym życiorysem przy tym pochodzącą z tej części Warszawy, w której właśnie toczy się akcja książki, tyle, że pod koniec XIX wieku. Stwierdziłam więc, że "Awans" zapowiada się bardzo interesująco i nie pomyliłam się.


           Podtytuł "Awansu" - Detektyw warszawski - wskazuje na to o kim będzie książka, kto będzie jej bohaterem. A jest nim nowo mianowany do rangi kapitana trzydziestoletni syn zubożałego szlachcica, carski policjant Andrzej Zalewski. Zalewski to wychowanek szkoły kadetów odznaczający się tężyzną fizyczną i umiejętnością gruzińskich sztuk walki, który umiejętność walki na pięści wciąż ćwiczy wdając się celowo w bójki w szynkach a swą tężyznę fizyczną utrzymuje dzięki codziennym ćwiczeniom we własnej sali ćwiczeń. Gdy go czytelnik poznaje jest świeżo upieczonym asesorem kolegialnym, który zaczyna swą karierę wytrwałego w tropieniu przestępców w ramach prowadzonych dochodzeń i znanego ze swojej inteligencji i dociekliwości warszawskiego detektywa od niezwykle brutalnego mordu na znanym rejencie warszawskim i jego rodzinie. Jak się później okazuje jest to już trzecia z kolei taka napaść, w której giną wszyscy członkowie rodziny a także ich służące. Śledztwo jest długie i zanim Andrzej Zalewski ustali kto stoi za tymi mordami na tle rabunkowym sam popełni wiele błędów, które się w pewien sposób przyczynią do kolejnych zbrodni jakich dopuszczą się osoby będące już w kręgu jego podejrzeń. W trakcie prowadzonego dochodzenia narobi sobie wielu wrogów w kręgach wojskowych, z których sam się wywodzi, ale przede wszystkim w środowiskach ludzi wysoko urodzonych i postawionych, którzy stawiają się ponad prawem. Nic jednak nie jest w stanie wpłynąć na jego usilne dążenie do sprawiedliwego ukarania morderców, gdyż nawet ryzyko grożącej mu śmierci.

             Czy Andrzejowi Zalewskiemu udało się postawić przed sądem sprawców przerażających zbrodni jakich się dopuścili li tylko wyłącznie dla rubli i w jakim stopniu się mu to udało warto się dowiedzieć czytając powieść Jakuba Bielikowskiego, której dodatkowo ogromnym walorem jest Warszawa ze swoim dziewiętnastowiecznym klimatem i kolorytem różnorodności środowisk jakie ją zamieszkiwały, a głównie ta na lewej stronie Wisły, gdyż tu rozgrywa się większość akcji "Awansu". To tutaj jego bohater odwiedza w trakcie prowadzonego śledztwa zaułki, lupanary, w których oficerskie zabawy przeplatają się z działalnością socjalistycznych rewolucjonistów i salony tropiąc przestępców, ale nie tylko, gdyż sam jest osobowością dość bogatą, i to nie tylko w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

         A tytułowy "Awans" to klamra otwierająca i zamykająca etap kariery Andrzeja Zalewskiego jako dochodzeniowego oficera żandarmerii carskiej, której to karierze on podporządkowuje swoje życie a nawet morale jako człowieka.

        Jak już wcześniej napisałam sięgnięcie po "Awans" Jakuba Bielikowskiego było dobrą decyzją a czas poświęcony na jego czytanie nie został stracony, bo chociaż to niby tylko powieść z głównym wątkiem kryminalnym to jednak napisana błyskotliwie z dużym polotem i rozmachem oraz znakomicie wprowadzająca w szczególną atmosferę jaka panowała w Warszawie doby rosyjskiego zaboru. I tutaj duży plus dla autora za język jakim się posłużył. Chociaż spowalniało to czytanie książki to jednak pozwoliło mi lepiej wczuć się w specyficzny klimat jaki panował w naszej stolicy jako III stolicy imperium carskiego.

         "Awans" to świetna książka z dynamicznie rozwijającą się akcją i plejadą prawdziwie ciekawych i barwnych postaci, jakimi autor zaludnił stronice swej opowieści. To dobra rozrywka, gdyż nie tylko bawi, ale i poszerza wiedzę.



czwartek, 29 kwietnia 2021

Dziecko września - Marek Harny

         




Jak do tej pory to dopiero trzecia książka Marka Harnego, którą przeczytałam. Dwie pierwsze przekonały mnie do jego twórczości nie tylko tematyką jaką poruszały, ale również stylem jakim zostały napisane. Marek Harny ujął mnie również tym, że chociaż urodził się na Śląsku to akcja w jego książkach bywa, oczywiście nie wiem jak w innych powieściach, ale w tych, które przeczytałam, osadzona w moim regionie, czyli w Małopolsce, w miastach, które znam i lubię. Pisarza najwyraźniej pociągają tereny i historia z nimi związana, a które poznał, gdyż dorastał w Nowym Sączu, rodzinnym mieście matki . Toteż ucieszyłam się, gdy dzięki portalowi granice.pl, który objął patronatem "Dziecko września" mogłam i tę powieść przeczytać.

            Decydując się na napisanie opinii o tej powieści Marka Harnego nie miałam pojęcia, że jej akcja zaczyna się w Tarnowie, rodzinnym mieście mojej mamy, w którym i ja wiele lat spędziłam, i że początek książki przypomni mi pewien wycinek z życia mojej mamy i jej rodziny.
Wrzesień 1939 roku. Moja mama ma prawie 9 lat. Dziadek, ojciec mamy, jest strażnikiem w tarnowskim więzieniu. Gdy w mieście narasta strach, w związku ze zbliżającymi się oddziałami niemieckimi, zapada decyzja o ewakuacji na wschód. Ich tułaczka podobnie jak i Teresy Borowej, bohaterki "Dziecka września", i jej rodziców zakończyła się szczęśliwie, gdyż wszyscy z niej powrócili do Tarnowa, mimo iż Sowieci ich rozdzielili, segregując ze względu na płeć. I mieszkali tu do czasu, gdy dziadek został, za udzielaną pomoc więźniom, osadzony w wiśnickim więzieniu. W tym czasie byli świadkami pierwszego transportu do Oświęcimia, o którym jest w książce, gdyż tym transportem zostaje wywieziony ojciec Teresy.

          Pod koniec sierpnia narzeczony Teresy, Andrzej Borowy, obserwując sytuację polityczną i zbliżające się zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec postanawia przyspieszyć ślub. Ślub jest szybki a do nocy poślubnej dochodzi dopiero, gdy zdeterminowana Teresa za namową swej nowej znajomej, Ireny Drewicz, pojawia się w Krakowie w batalionie męża. Jest to ich pierwsza i ostatnia wspólna noc, z 31 sierpnia na 1 września i już po północy zostaje poczęty ich syn, Adaś. Teresa wraca do Tarnowa a Andrzej wyrusza z batalionem na Śląsk, skąd przychodzi wiadomość, iż zginął w bitwie pod Ćwiklicami koło Pszczyny.

      
Marek Harny w swej nowej książce zastosował interesujący i niespotykany zabieg narratorski. To właśnie Adam, "Dziecko września" jest tu bowiem narratorem; raz pierwszosobowym jakby zapowiadającym to o czym będzie opowiadał już jako narrator wszystkowiedzący. Jako narrator pierwszosobowy wspomina i ocenia zachowania rodziców a później już tylko matki a jako wszystkowiedzący opowiada o tym jak potoczyły się losy Teresy od momentu powrotu do Tarnowa, poprzez ucieczkę do Lwowa, powrót do Tarnowa, wyprowadzenie się do Krakowa i zamieszkanie z ciotką Karoliną, trudne życie okupacyjne w Krakowie, gdzie podejmuje pracę a co w efekcie kończy się dla niej więzieniem i pobytem w obozie pracy w Płaszowie aż po pobyt wśród partyzantów na Podhalu, gdzie poznaje Anglika, z którym nieudana próba połączenia się poprzez ucieczkę z dzieckiem na zachód powoduje, że trafia tym razem do polskiego obozu pracy w Świętochłowicach, z którego wychodzi dzięki interwencji znajomego z przed wojny, Stanisława Koszyckiego, z którym połączy swój los, pozostając na Śląsku. To wszystko składa się na bogate w trudne przeżycia i wybory Teresy w czasie okupacji, ale i po wojnie, Teresy głównie jako matki, która jedynie chce przetrwać zły czas i ochronić swojego syna. Jej wszystkie decyzje życiowe, jej determinacja w tym względzie nawet w kontaktach z mężczyznami całkowicie są podporządkowane dobru Adasia, który jak to bywa, gdy dorośnie wybierze swoją własną drogę.

           "Dziecko września" to moim skromnym zdaniem bardzo dobra książka z wojną w tle. W interesujący sposób pisarz prowadzi swoją główną bohaterkę przez czas okupacji niemieckiej w Generalnej Guberni i poprzez jej kontakty z innymi ukazuje jak wyglądało codzienne, zwyczajne życie Polaków pod presją strachu przed okupantem i kolaborantami. Teresa, która sama nie chce się angażować w walce z Niemcami i skupia się na przetrwaniu, a to już jest ogromnie trudne zadanie dla kobiety samotnie wychowującej dziecko, mimo woli jednak ociera się o to z czym nie chce mieć do czynienia i płaci za to dużą cenę, gdyż doświadczy nie tylko uwięzienia i upokorzenia, a także fizycznego wycieńczenia, ale również strachu o własne życie i los syna. Ostatecznie przetrwa wszystko, by znów doświadczyć obozowego koszmaru, jednak tym razem w swej wyzwolonej  ojczyźnie.
      
               "Dziecko września" jest nie tylko zajmującą i wciągającą  lekturą, którą się czyta z dużym zainteresowaniem. Dodatkowym jej walorem jest to, że  mimo iż nie jest powieścią historyczną dostarcza bardzo ciekawej wiedzy z zakresu historii naszego kraju ukazując te jej fragmenty, o których nie mówiono a więc i nie uczono w szkole a większość z nas miało kontakt z historią w  niej właśnie. Książka Marka Harnego sprawia, że chce się dowiedzieć więcej. Tak było w moim przypadku jeżeli chodzi o bitwę pszczyńską  jaka odbyła się w dniach 1-2 września przy udziale  żołnierzy z Armii "Kraków" i przyczynę totalnej  klęski jaką poniosły tam wojska polskie.

                 Polecam tę książkę Marka Harnego. Warto po nią sięgnąć. Ja się nie zawiodłam.



piątek, 26 marca 2021

Fatma. Moja arabska teściowa. - Nadia Hamid




 Nadia Hamid, to oczywiście pseudonim literacki Polki, która zdecydowała się nie tylko wyjść za mąż za muzułmanina, ale również wyjechać z nim do Libii w kolejnej swej książce, tym razem, opowiada o swej libijskiej teściowej, Fatmie. Historia Fatmy, z pewnością typowa dla kobiet przychodzących na świat w ortodoksyjnych patriarchalnych rodzinach muzułmańskich, to historia kobiety, która od dzieciństwa przygotowywana jest wyłącznie do spełniania roli żony i matki. O jej życiu decydował wpierw ojciec a później wybrany dla niej mąż. Mimo iż ojciec był dobrym człowiekiem to nie udało mu się wybrać równie dobrego dla niej męża. O tym jakim jest brutalem Fatma dowiedziała się dopiero po ślubie. Najważniejszym czego oczekiwał od niej mąż oprócz prowadzenia domu w całkowitym posłuszeństwie i spełniania każdej swojej zachcianki było urodzić syna. Rodząc wpierw córki doznała wielu upokorzeń, ale los się do niej uśmiechnął, gdy powiła tak upragnionego przez męża pierworodnego syna. To on stał się, jak to jest u muzułmańskich matek, oczkiem w jej głowie, bo też inwestycją we własną przyszłość. Córki z czasem opuszczają dom a pomoc w jego prowadzeniu miała jej zapewnić przyszła synowa toteż niezwykle istotnym dla niej było, by jej ukochany pierworodny Muchtar szybko się ożenił i to po jej myśli. Niestety tak się nie stało, gdyż on postanowił wpierw skończyć studia, na dodatek w bardzo dalekim kraju, kraju ludzi niewiernych, i gdy ona martwiąc się o jego i swoją przyszłość wyszukała mu odpowiednią kandydatkę na żonę Muchtar nic sobie z tego nie robiąc przywiózł z tego dalekiego kraju, Polski, chrześcijańską, a zatem niewierną kobietę z niemowlęciem, z którą postanowił się ożenić. Zawiedziona w swych oczekiwaniach Fatma, która nie zaznała miłości ze strony bezdusznego tyrana i okrutnika jakim był jej mąż, a z czasem musiała się nim dzielić z drugą żoną, przelała swoje gorzkie rozczarowanie i niezadowolenie na obcą sobie kulturowo kobietę, której obecność udaremniła jej tak misternie układane plany przyszłości ukochanego Muchtara. Trudno się więc dziwić, że wspólne życie Polki z ziejącą nienawiścią teściową stało się dla tej pierwszej koszmarem, a dla drugiej polem do popisu w uprzykrzaniu życia nie zaakceptowanej i pogardzanej synowej oraz do podejmowania wszelakich prób, by Muchtar się z nią rozwiódł.

Nadii Hamid, po długich staraniach i dużej niepewności co do losu synów, wyjazdowi których teściowa była przeciwna, udało się opuścić Libię wraz z dziećmi i to o dziwo przy wyraźnej aprobacie i pomocy teścia, gdyż jej mąż Muchtar miał w Polsce podjąć studia doktoranckie. I tak szczęśliwie powróciła do kraju a o swoich przeżyciach i poczynionych w czasie kilkuletniego pobytu w Libii spostrzeżeniach dotyczących głównie niełatwego losu libijskich kobiet w patriarchalnym arabskim świecie opowiedziała w swoich książkach.

"Fatma. Moja arabska teściowa" to moje pierwsze spotkanie z Nadią Hamid i jej opowieściami o swoich bolesnych doświadczeniach w muzułmańskim świecie. Jej lektura była całkiem udanym początkiem tej znajomości, chociaż zaczęłam ją od końca, gdyż to ostatnio wydana książka. Być może uda mi się poznać wcześniej napisane, gdyż tytuły ich są zachęcające.
Po tę powieść sięgnęłam przypadkowo. Potrzebna mi była do pewnego wyzwania czytelniczego książka mówiąca o orientalnej kobiecości i dlatego zwróciłam uwagę na okładkę "Fatmy" sądząc, że mam do czynienia z bliskim wschodem. Niestety okazało się, że to północna Afryka a zatem do wyzwania niezbyt spasowała, ale nie żałuję, że ją przeczytałam, gdyż Nadia Hamid bardzo interesująco i ze znawstwem tematyki ,wynikającym z osobistych doświadczeń, wprowadziła mnie w świat kobiet kulturowo zupełnie odmienny od naszego i dla nas Europejek prawie niewyobrażalny. Świat zdominowany przez mężczyzn, w którym dziewczęta muszą wychodzić wcześnie za mąż, małżeństwa są kojarzone więc nie ma mowy o uczuciach a po ślubie w większości zostają zamknięte w murach domu i niewolniczo poddane swemu panu i władcy. W tym świecie jest jednak, co wynika z książki, i pozytywna strona życia, która przejawia się w silnych więziach rodzinnych, w tym we wzajemnej pomocy jaką świadczą sobie wzajemnie kobiety, które w każdej sytuacji mogą na siebie liczyć, ale, czego doświadczyła na własnej skórze autorka tej fabularyzowanej opowieści, nie ma miejsca dla małżeństw mieszanych. Różnice kulturowe i religijne są ogromne a one mają zasadniczy wpływ na mentalność członków tej prawie hermetycznie zamkniętej społeczności.
Fabuła tej książki Nadii Hamid wciąga i szybko się ją czyta a ponadto, mimo raczej suchego pozbawionego emocji języka, pobudza do refleksji, z której wniosek nasuwa się taki, że Europejki wychodzące za mąż za Arabów nie tylko nie posiadają niezbędnej wiedzy o świecie, w który decydują się wejść, ale i pozbawione są wyobraźni. Zresztą dała temu wyraz sama autorka w wywiadzie, który czytałam, a w którym krytycznie odniosła się do takich życiowych decyzji.


Być może dzieląc się swoimi pełnymi dramatyzmu przeżyciami, ale równocześnie dając obraz statusu kobiet w muzułmańskim świecie, Nadia Hamid pisze ku przestrodze. Bo miłość akurat w tym przypadku to niestety nie wszystko.

Książkę czytałam dzięki Klubowi Recenzentów portalu nakanapie.pl.

czwartek, 25 lutego 2021

Zachłanne na życie - czyli Sławomir Koper o kobietach spełnionych zawodowo z pogmatwanym życiem osobistym.

 



"Zachłanne na życie" to moje drugie spotkanie ze Sławomirem Koprem. Pierwsza przeczytana przeze mnie książka również dotyczyła kobiet doby PRL-lu. W tamtej bohaterkami były żony panów na PRL-owskim świeczniku a w tej autor opowiada historie życia czterech przedstawicielek warszawskiego świata artystycznego doby socjalizmu, kobiet nietuzinkowych, obdarowanych przez stwórcę nie tylko urodą, ale i niepospolitymi talentami, kobiet, które w czasach panującej ogólnie szarości świeciły jak gwiazdy przyciągając nie tylko wielbicieli tychże talentów.

"Zachłanne na życie", jak sam autor o tym pisze we wstępie "Od autora", rozpoczynają cykl nazwany Złotą kolekcją, w którym to cyklu powracać ma do tematów, które kiedyś już poruszał. W tej książce zawarł cztery rozdziały, gdyż oprócz Jędrusik, Czyżewskiej i Osieckiej postanowił przypomnieć postać równie znanej, jak poprzednie panie, Małgorzaty Braunek. Sama książka, jak twierdzi Koper, jest odpowiedzią na zadawane mu na spotkaniach autorskich pytania, czy w swoich kolejnych książkach będzie powracać do bohaterów, o których już kiedyś pisał. To powracanie może intrygować czytelnika, gdyż rzuca nowe światło na osoby, które już wcześniej w jakimś stopniu się poznało, gdyż pisarz mógł korzystać szeroko z nowych dostępnych źródeł, takich choćby jak archiwa IPN-u, ale i nowe książkowe opracowania dotyczące czasów PRL-u.

Dlaczego akurat tę książkę wybrałam w Klubie recenzenta? A to dlatego, by powrócić do swoich młodych lat i do moich młodzieńczych fascynacji związanych przede wszystkim z kinem. Jak wiele moich rówieśniczek w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku miałam swoje ulubione postaci ze środowisk artystycznych. Wtedy niewiele mogłam się dowiedzieć o tym jak wyglądało życie prywatne np. Elżbiety Czyżewskiej, którą jakoś szczególnie lubiłam i ceniłam. Jakiekolwiek informacje pochodziły tylko z czasopism, takich jak choćby "Film".
A ponieważ lubię czytać biografie więc książka Sławomira Kopra była idealna do tego bym mogła swoją niepełną wiedzę poszerzyć. I to nie tylko o bohaterkach książki, ale również o środowisku w jakim się obracały, środowisku o szczególnym klimacie jak na czasy w jakich przyszło nam żyć. I to wszystko faktycznie dostałam. Poznałam nie tylko barwne i bogate w różne, nie tylko dobre, doświadczenia życiowe historie bohaterek książki, ale również szeroko zaprezentowane tło, w którym starały się realizować nie tylko swoje zawodowe aspiracje, ale również swoje w różny sposób pogmatwane życie osobiste.

Sławomir Koper w "Zachłannych na życie" opowiedział nam sam oraz słowami osób, których wypowiedzi w książce przytoczył w prawdziwie intrygujący sposób o czterech doskonale nam znanych, a przynajmniej mnie od strony ich życia zawodowego kobietach, pełnych temperamentu i życia, artystkach, które czerpały z życia pełnymi garściami, które podążały do wytyczonych sobie celów własnymi drogami, ale gdzieś tam po drodze wypalając się wewnętrznie co część z nich topiła w alkoholu. To prawda, były u szczytu, podziwiane, kochane, ale z czasem również poranione wewnętrznie i samotne. Być może inaczej wyglądało to u Małgorzaty Braunek. Jednak trzy pozostałe panie nie do końca, takie ja mam odczucie po lekturze tej książki, były szczęśliwe z powodu swoich wyborów.

Podsumowując swoją opinię muszę stwierdzić, że ogólnie rzecz biorąc książka trafiła w mój gust, dała mi nawet chyba więcej wrażeń i wiedzy niż się spodziewałam, szczególnie dotyczy to Agnieszki Osieckiej, którą chyba najlepiej rozumiałam, biorąc pod uwagę jej niesamowity apetyt na życie i ten wewnętrzny niepokój, który ganiał ją po świecie oraz tę wielką potrzebę kontaktów z innymi ludźmi i to ogromne zagubienie w codzienności, jakiej może doświadczać faktycznie chyba tylko dusza artystyczna. A uznaję to za zasługę autora, który przedstawił ją i jej życie tak, że zobaczyłam w niej człowieka wprawdzie spełnionego twórczo, a jednak z powodu mankamentów w sferze uczuć nie zrealizowanego w życiu osobistym.
O ile Osiecka, Czyżewska i Braunek są faktycznie bohaterkami opowieści o nich to w części dotyczącej Kaliny Jędrusik pierwsze skrzypce gra jednak jej mąż, czyli Stanisław Dygat i stąd mam pewien niedosyt jeżeli chodzi o samą aktorkę, tym bardziej, że jej historię poznajemy dopiero od od czasów studiów.

Sławomir Koper wykonał sporą pracę o czym świadczą liczne przypisy wskazujące na bibliografię i napisał interesującą książkę, którą się szybko czyta, i która pozwoliła mi poznać jej bohaterki od każdej strony ich skomplikowanych osobowości. A także znakomicie wprowadziła mnie w klimat środowisk studenckich i artystycznych Gdańska i Warszawy szczególnie lat 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku. To było fajne doświadczenie czytelnicze i poznawcze.