Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pochłaniam strony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pochłaniam strony. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2017

Japońskie cięcie - Krzysztof Kotowski czyli o tym jak można połączyć hipnozę z archeologią.



       

             Krzysztof Kotowski to zupełnie mi nieznany autor a jego "Japońskie cięcie"  trafiło do mnie w ramach wymiany za punkty na Finta.pl. Chyba się czegoś innego po tej książce spodziewałam biorąc pod uwagę tytuł. Ale w sumie sama dzisiaj nie wiem czego. W każdym bądź razie książka okazała się być thrillerem z pogranicza  medycyny i polityki.  W sumie nie wiem czy bardziej fabuła powieści ociera się o politykę czy o medycynę, ale mnie bardziej w niej zainteresował wątek medyczny, w którym mamy do czynienia z prowadzeniem nielegalnych badań nad wykorzystaniem niezwykłej hipnozy do odbywania przez osoby podlegające hipnozie  "podróży w czasie" i to podróży bardzo odległej, gdyż sięgającej aż wczesnych wieków . 
             Trójka bohaterów książki, która okazała się być już kolejną z serii o dziennikarzu Adamie Kniewiczu i agentce służb specjalnych o pseudonimie Ultra, która owego Adama wciąż ratuje  z opresji, w jakie ten się pakuje, podejmuje próbę wyjaśnienia co łączy instytut medyczny z firmą prowadzącą wykopaliska archeologiczne, która  go sponsoruje. W "Japońskim cięciu" trzecim bohaterem jest młody chirurg, Robert Czechowicz.  Ma on płomienny romans z piękną Jolą i wielkim zaskoczeniem dla niego jest, gdy już ukrywając się przed ludźmi, którzy go z wielką determinacją poszukują, dowiaduje się od Ultry, do której trafia za pośrednictwem Kniewskiego, że Jola to również agentka służb, a na dodatek związana jest z instytutem medycznym prowadzącym nielegalne badania medyczne. W te badaniach, o czym się ogromnie zaskoczony dowiaduje, sam został zaangażowany, a teraz  po seansie hipnotycznym, w jakim wziął udział na przyjęciu, na które zabrała go Jola, jest nosicielem wiedzy wartej dla niektórych więcej niż życie i stąd jest tak intensywnie poszukiwany. 
             Muszę przyznać, że, mimo iż niezwykle rzadko czytuję tego typu literaturę, thriller Kotowskiego wciągnął mnie swą intrygująca i emocjonującą fabułą, ciekawymi wątkami z zakresu medycyny i polityki  a także mimo wartkiej akcji początkowym jej umiarkowanym tempem.  Chyba do połowy a może coś więcej za połowę czytało mi się " Japońskie cięcie" świetnie, ale gdy do akcji powróciła Jola już jako agentka o pseudonimie Sil trochę się pogubiłam, gdyż nastąpiło zagęszczenie wątków  i  osób; dołączyła mafia krakowska, której jakoś nie udało mi się połączyć z całością intrygi, gdyż być może coś mi umknęło w czytaniu. Natomiast zgrabnie i błyskotliwie prowadzony główny wątek dotyczący łączenia szczególnego rodzaju  hipnozy  z wykopaliskami archeologicznymi a także polityką, mimo iż oczywiście ma się w trakcie czytania świadomość, że to autorska fantazja trzyma w napięciu i nawet nie daje poczucia, że czyta się totalną bzdurę.
                    "Japońskie cięcie" polecam miłośnikom tego gatunku, gdyż Krzysztof Kotowski dzięki językowi jakim pisze, świetnym dialogom i dozie humoru, jaka w powieści się pojawia, wart jest zainteresowania na równi z zagranicznymi autorami takich powieści. Doskonale łączy ze sobą kryminał i sensację.


Książka bierze udział w wyzwaniu : Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!

piątek, 3 lutego 2017

Dwie odsłuchane książki w jednym poście.....kryminał i reportaż.



             Rzutem na taśmę finiszuję w styczniowej odsłonie wyzwania łów słów. Czasu na napisanie opinii o odsłuchanych jeszcze w styczniu na storytel.pl audioksiążkach mam niewiele więc będę się mocno streszczać.


"Cichy zabójca" to pierwsza książka Izabeli Szolc jaką poznałam. Sama Autorka uważa, że jest to kryminał, o napisaniu którego zawsze marzyła. Mówi również, że  jest z niego bardzo zadowolona. Jak zdążyłam się zorientować nie wszyscy z tych, którzy "Cichego zabójcę" czytali odbierają  go jako kryminał. Również opinie o tej powieści są różne z przewagą tych mniej pozytywnych. Jedno jednak w opiniach się przewija, to to, że jej fabuła wciąga. I ja mogę to potwierdzić, gdyż z dużym zaciekawieniem  słuchałam snutą przez Izabelę Szolc opowieść o policjantce wydziału kryminalnego, Annie Hwierut ; o jej mało ciekawym, i pełnym problemów  samotnym życiu, w którym mało miejsca jest na radość i osobiste przeżycia w związku z  absorbującą i trudną pracą a polegającą na żmudnym prowadzeniu śledztw dotyczących w większości pospolitych przestępstw,  jakie  zdarzają się  w Warszawie, w której pisarka osadziła akcję swej powieści. 
"Cichy zabójca"  z pewnością nie jest kryminałem z gatunku jakie teraz się pisze, czyli takim, który podnosi poziom adrenaliny w trakcie czytania, ale z pewnością jest to powieść o charakterze kryminalnym, gdyż wątków kryminalnych jest w niej co najmniej trzy, w tym również morderstwo a trupy dwa.  Największym walorem tej powieści jest jednakże ukazanie w niej, przez Izabelę Szolc, w sposób pozbawiony zbędnych emocji prawdziwego obrazu zwyczajnej, szarej egzystencji ludzi, którzy nie bardzo widząc sens swego życia łatwo schodzą na drogę przestępstwa. I w tej warstwie jest w książce brzydko i mroczno, jak życie, które toczy się na ulicach pod osłoną nocy. Ale jest również światełko nadziei choćby w postaci ośrodka prowadzonego przez zakonnice, nastawionego na pomoc ofiarom przestępstw.
              W związku z tym, że przedkładam, nad inne, książki o pogłębionej warstwie psychologicznej toteż słuchanie powieści Izabeli Szolc  nie nudziło mnie, jak co niektórych, a nawet zachęciło mnie do poszukania innych jej książek, gdyż pisarka pisze, bo faktycznie ma coś do powiedzenia.
Książka jest objętościowo niewielka więc i słuchałam jej tylko 4,5 godziny zagłębiając się w światek, którego nie znam od takiej strony.





     "Życiem na miarę" ktoś mnie zainteresował w blogosferze a okładka skutecznie mnie zachęciła do wysłuchania książki, gdy ją znalazłam na storytelu. Dziecko przy maszynie i podtytuł - Odzieżowe niewolnictwo. To przyciąga wzrok i wpływa na emocje jeszcze zanim zaczyna się czytać.
Pamiętam doskonale czasy, gdy w naszym kraju było szaro i buro i jedyną możliwość sprawienia sobie czegoś bardziej kolorowego i w lepszym gatunku dawały nam Pewexy. Więc gdy zdobyło się bony dolarowe lub dolary można było sobie w nich nabyć powiew zachodu w postaci markowego ciucha. Ale wtedy firmowe ubrania szyte były faktycznie na zachodzie Europy lub w USA co widoczne było na metkach, które oprócz samego ciucha przyciągały nasz wzrok. Made ind Francja, Germany, USA. Kolorowe, świetnie skrojone i fantastycznie odszyte.  Tak było. 
Ale od lat już wiemy, że globalizacja sprawiła, iż firmy, w tym również  odzieżowe w poszukiwaniu coraz większych możliwości zarobku, który głównie można osiągnąć poprzez tanią siłę roboczą, już dawno swoją produkcję przeniosły tam, gdzie gdzie podaż robotników znacznie przewyższa podaż pracy. I markowy ciuch ma dzisiaj napisane : wyprodukowano tu czy tam. A są to kraje azjatyckie lub afrykańskie. Mamy więc świadomość, że ubrania czy buty znanych światowych firm produkowane są poza krajami, w których te firmy mają swe siedziby i mamy nawet świadomość, że z pewnością wysoka cena jaką za nie płacimy to cena za markę, za modę  i nie ma nic wspólnego z ich wartością, tym bardziej, że wyprodukowane są za bezcen, gdyż robocizna stanowi tu niewspółmiernie niski element tej wartości. A zatem posiadamy świadomość, że robotnicy fabryk rozsianych po całym wschodzie Azji są bardzo nisko opłacani. Ale jak to faktycznie wygląda dopiero uświadomiła mi książka Marka Rabija, w której ujawnia on mechanizmy rządzące produkcją odzieży markowej i ogrom niesprawiedliwości społecznej jaka z tym jest związana. Ludzie niewolniczo pracujący za niezwykle niskie wynagrodzenia, narażeni na złe warunki pracy, które z czasem doprowadzają do wielkich  tragedii, w których na dodatek towar ważniejszy jest niż robotnik, co sprawia, że gdy fabryka się pali, by ewakuować magazyny uniemożliwia się bez skrupułów ucieczkę ludzi, pozbawiając ich możliwości uratowania życia. 
Marek Rabij opowiada w swej książce o tym co zobaczył i czego dowiedział się w stolicy Bangladeszu, Dhace, w której znajduje się tysiące drobnych fabryk produkujących firmową odzież i wyzyskujących w sposób porażający swych pracowników, przy cichym przyzwoleniu tych wielkich firm, które dla wysokich zysków kreują popyt na swoją odzież co roku ustalając nowe trendy modowe.
Książka wzbudza niezwykłe  emocje i pobudza do refleksji. Czy warto kupować taką odzież, jeżeli za jej produkcją kryje się cudze nieszczęście.
         Niestety nie mam czasu pisać więcej. Polecam to reporterskie spojrzenie na to w czym sami świadomie czy też nieświadomie bierzemy udział. Nawet, gdy  kupujemy taką odzież w sieciach second hand.

__________________________________________


Książki biorą udział w wyzwaniu łów słów i pochłaniam strony, bo kocham tomy.

czwartek, 2 lutego 2017

Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe - Andrew O'Hagan.






         Styczeń szczęśliwie dobiegł końca  i na blogach pojawiają się już jego czytelnicze podsumowania a ja jeszcze jestem w lesie z wyzwaniem łów słów. Książki przeczytane lub odsłuchane, a teraz pełna mobilizacja, by powstały opinie. Dzisiaj pokrótce zaprezentuję Wam książkę, którą wypatrzyłam chyba w sierpniu ubiegłego roku w  kiosku, w centrum handlowym. Tytuł mnie zaintrygował, bo akurat zaczęłam wtedy czytać "Blondynkę" Oates a zachęciła mnie nie tylko niska cena książki i jej okładka, ale przede wszystkim fakt, że Autor zastosował w niej ciekawy zabieg narracyjny ukazując Marilyn Monroe a także  jej znajomych i przyjaciół z perspektywy postrzegania jej przez maleńkiego maltańczyka, którego dostała w prezencie  od nie byle kogo, bo od swego przyjaciela, samego Franka Sinatry. 


źródło
           Maf, skrót od Mafiozo, bo tak nazwała go jego nowa pani -  ze względu na ofiarodawcę, który niestety miał powiązania z mafią -  został przywieziony z Charleston w Anglii przez matkę Nathalie Wood, która sprowadzała stamtąd pieski dla swoich znajomych i znajomych swej córki. Ten śliczny biały, bardzo żywy  i inteligentny piesek, którego rodowód poznajemy dzięki jego opowieści,   specjalnie tym razem był przywieziony własnie na prezent dla Marilyn. Marilyn w tym czasie ulegała już  coraz większej frustracji starając sobie i innym udowodnić, że jest dobrą aktorką. Była w nie najlepszej kondycji psychicznej, zażywała sporo leków i korzystała z porad terapeutów. Maf, który lubił filozofować a obrożę miał po słynnym psie samej Wirginii Woolf towarzyszył jej w ostatnich latach życia wszędzie : w seansach terapeutycznych, spotkaniach towarzyskich, na przyjęciach dla filmowców i literatów, na planie filmowym i w lekcjach gry aktorskiej. I chętnie włączył by się do prowadzonych  tam rozmów prezentując swoje przemyślenia i opinie, ale niestety nikt nie czytał w jego myślach a gdy szczekał nikt go nie rozumiał, nawet jego ukochana pani. Jedyne co mógł  zrobić w sytuacji, gdy ktoś bardzo mu się nie podobał, to ugryźć go w kostkę i tak robił, gdy uważał, że ten ktoś swym zachowaniem na to zasłużył.
           Przed czytaniem książki lubię kuknąć na lubimyczytać.pl, by sprawdzić co też  inni o niej sądzą i tym razem też tak zrobiłam. I muszę przyznać, że zostałam zaskoczona tym jak się "Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe"  nie podobały tym co je czytali, i jak na nie wybrzydzali. Nie jest to oczywiście biografia Monroe, której się co niektórzy spodziewali. Chociaż sporo można się dowiedzieć o niej samej i jej życiu na przełomie lat 50 i 60-tych, gdy rozwodziła się ze swym mężem  Arthurem Millerem i poznała  prezydenta  USA  Johna Kennedy'ego. Uczyła się wówczas sztuki aktorskiej u Lee Strasberga w Nowym Jorku. Później przeniosła się do Kaliforni, gdzie grała w swym ostatnim, niedokończonym, filmie Georga Cukora p.t. Słodki kompromis".
           Zgadzam się z tymi co uważają, że zbyt dużo w niej mało strawnego filozofowania, ale to nic w porównaniu z tym jaką przyjemność odczuwałam w trakcie jej czytania przypominając sobie znane postaci związane z artystycznym i intelektualnym życiem Ameryki lat 60-tych ubiegłego stulecia. Pisarki i pisarze aktorki i aktorzy, reżyserzy i krytycy literaccy. Cała plejada znakomitości świata literackiego i filmowego. A poza tym sporo ciekawostek z ich życia. A wśród nich ta, że Marilyn Monroe interesowała się Freudem, że czytała Dostojewskiego. A za przyjaciółkę miała autorkę książki "Serce to samotny myśliwy" Carson Mc Cullers, o której to książce od dawna myślę. Rozmowy o książkach, o filmach i pisarzach, poetach. 
         A więc może nie polecam tej książki wszystkim, ale gorąco polecam tę książkę tym, którym nazwiska osób jakie w niej się pojawiają nie są obce tak samo jak mnie. A także miłośnikom psów i kotów, bo te pojawiają się na stronach książki bardzo często. 
Filozofowanie można sobie pominąć a reszta sprawia prawdziwą intelektualną frajdę, która sprawia, że książkę Szkota, Andrew O'Hagana, czyta się z prawdziwą przyjemnością.  

_____________________________________ Książka bierze udział w wyzwaniu łów słów i pochłaniam strony, bo kocham tomy

poniedziałek, 30 stycznia 2017

"Agatha Raisin i ciasto śmierci", czyli moje pierwsze spotkanie z serią kryminalną M.C.Beaton./audioksiążka/


          Dzisiaj krótko o audioksiążce wysłuchanej jeszcze w grudniu ubiegłego roku.


 Z serią o M.C.Beaton spotkałam się w blogosferze i przeczytałam o niej sporo ciepłych słów. Toteż, gdy znalazłam ją na storytel.pl pomyślałam, że dla odmiany posłucham coś kryminalnego w angielskim klimacie. W tej książce poznałam Agathę Raisin, główną bohaterkę serii, która właśnie zdecydowała przejść na wcześniejszą emeryturę i opuścić Londyn a zamieszkać w uroczej, cichej i spokojnej wiosce, Carsely, w domku, który tam sobie nabyła. Agatha jest od wielu lat samotna, gdyż egocentryczna a przy tym pozbawiona nie tylko urody, ale również wdzięku  i na dodatek niesympatyczna nie zjednuje sobie ludzi.  Przyzwyczajona do sukcesu i uznania, które zdobywała stosując różne metody -  w tym również wywierania presji zarówno na pracowników swej firmy, jak i dziennikarzy czy klientów - po osiedleniu się w Carlsery zaskoczona jest tym, że nikt z sąsiadów jej nie wita, że kompletnie nie wzbudza zainteresowania w społeczności, której stała się częścią. I wtedy z pomocą przychodzi jej ogłoszony konkurs na najlepszy wypiek. Agatha postanawia zabłysnąć na nim i w ten sposób zdobyć ogólne uznanie, ale ponieważ nie umie piec ciasto kupuje w znanej sobie doskonale londyńskiej piekarni. Mimo iż ciasto francuskie nadziewane szpinakiem jest znakomite Agatha zakładanego sukcesu nie osiąga, lecz wręcz przeciwnie, sprowadza na siebie spore kłopoty, gdy się okazuje, że po zjedzeniu kawałka tego ciasta umiera sędzia oceniający wypieki. Wprawdzie nie zostaje uznana winną tej całej sytuacji, ale musi się wstydzić swego małego oszustwa a poza tym nabywa wrogów, gdyż podejrzewając, że ktoś zabił tego sędziego próbuje na własną rękę dociec kto to zrobił, co sprowadza na nią szereg niebezpiecznych sytuacji, ale daje również pozytywne efekty, gdyż Agatha zaczyna się przyjmować w społeczności Carsely.

          Pierwsze spotkanie z Agathą Raisin uważam za udane. Osobowość jej jest niezbyt skomplikowana i nie wzbudzająca sympatii, ale okazuje się, że ta miłośniczka kryminałów ma duży zmysł detektywistyczny co sprawiło, że lektura tego tomu była w miarę emocjonująca i przyjemna a to myślę zapowiada równie wciągającą lekturę kolejnych, mam nadzieję tak samo intrygujących, tomów z kolejnymi przygodami bohaterki serii. 

         Dużym walorem tej książki jest nie tylko lekkość z jaką autorka snuje nieskomplikowaną fabułę, ale również angielski klimat i wiejska sielskość oraz urok  małej miejscowości, w której akcja powieści się toczy. To się po prostu fajnie czyta a w moim przypadku słuchało dzięki przyjemnemu głosowi Pauliny Holtz i jej interpretacji tekstu. Przy tak "czytanym" kryminale, w którym nie ma mocnych, brutalnych, scen można się doskonale odprężyć.



Książka bierze udział w wyzwaniu Konkurs - wyzwanie



_________________________

Zdjęcie okładki tym razem pochodzi ze strony lubimyczytać.pl.

czwartek, 12 stycznia 2017

I otworzyło się niebo - LaVyrle Spencer .....o tym jak zastąpić jedno powołanie drugim....

   




     Powieść pisarki amerykańskiej, LaVyrle Spencer, znanej aż z dwudziestu dwu  książek, o istnieniu której do tej pory nie miałam pojęcia,  nabyłam przy okazji innych zakupów książkowych na allegro już chwilę temu. Przemówił do mnie tytuł, ale bardziej to co wyczytałam na tylnej części okładki a mianowicie, że powieść osadzona jest w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Przeważyło jednak to, że jak wyczytałam na skrzydełku okładki : Ta amerykańska pisarka o oryginalnym imieniu LaVyrle i pogodnej, otwartej twarzy z powodzeniem konkuruje z najpopularniejszymi autorkami i bez trudu podbiła serca milionów czytelniczek. Jej książki nie są melodramatami z życia wyższych sfer, nie ma w nich taniej sensacji - to "powieści rodzinne", ciepłe i bezpretensjonalne.

Jak widać zostałam skutecznie zachęcona i stwierdzam po jej przeczytaniu, że nie żałuję tego zakupu, gdyż słowa zawarte w opisie potwierdziły się całkowicie.

                 Książka opatrzona jest krótki wstępem Od autorki, z którego dowiedziałam się, że " I otworzyło się niebo" jest ostatnią książką LaVyrle Spencer, a powraca w niej do swego rodzinnego miasteczka Browerville osadzając własnie w nim akcję powieści. Browerville było miejscem akcji również pierwszej książki pisarki. Pisze o tej decyzji tak : Miałam miłość rodziny, spokój miasteczka, w którym wszyscy się znali, i oparcie w parafialnej szkole, gdzie tradycja stwarzała silne poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że pisząc swoją pierwszą książkę umieściłam jej akcje w Browerville, i prawdopodobnie nie zdziwi też nikogo, że teraz, gdy piszę ostatnią znów do niego wracam.
I taką atmosferę oddała w opowiedzianej historii, która jak sama pisze jest dziełem wyobraźni, niemniej inspirowana jest osobami, które znała jako dziecko, w tym również swym domem rodzinnym.
Jedynie siostra Regina, główna bohaterka powieści, której życiowe i duchowe rozterki  śledziłam z niesłabnącym zainteresowaniem, jest postacią, która nigdy nie istniała. A zatem wygląda na to, że i historia zakonnicy, która po długiej walce wewnętrznej opuszcza zakon została przez pisarkę wymyślona. LaVyrle Spencer nie wspomina bowiem, by kiedykolwiek słyszała o takiej sytuacji. Jednak opowieść jej brzmi zupełnie prawdziwie i może dlatego tak porusza.
                    Książka wprowadza nas w atmosferę małego amerykańskiego miasteczka lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, w którym mieszka i żyje kolejne pokolenie polskich emigrantów. Rodziny są wielopokoleniowe i wielodzietne. Wszyscy się doskonale się znają, gdyż uczęszczają  do jednego kościoła katolickiego, którego proboszcz jest nie tylko ich spowiednikiem, ale również doradcą, a w życiu którego biorą czynny udział, gdyż życie  odmierzane jest tu zmieniającymi się porami roku i katolickimi świętami. Posyłają dzieci do jedynej szkoły prowadzonej przez zakonnice, dominikanki. A nawet mężczyźni spotykają się wieczorami po pracy w jednym barze a w soboty poza okresem Wielkiego Postu i Adwentu młodzi chodzą na tańce, na których zawiera bywa i trwałe znajomości, które owocują nawet małżeństwem. Życie wydaje się tu być  sielankowe, ale i tu wydarzają się tragedie. I taka właśnie dotyka szczęśliwie żyjącą rodzinę Krystyny i Eddiego Olczaków. Krystyna nagle ginie w wypadku samochodowym pozostawiając nieutulonego w żalu męża i osieracając dwie małe córeczki. Dramat jest tym większy, że nie tylko była dobrym duchem swego domu, ale to ona wszystkim się w nim zajmowała a Eddie mógł się poświęcać swym zawodowym obowiązkom, do których oprócz wypełniania zadań woźnego  w szkole należało codzienne dzwonienie na msze, Anioł Pański /trzy razy dnia/  i przy wszystkich innych okazjach. Eddie przy pomocy swej i żony rodziny radzi sobie jak może, ale czuje się bardzo przybity i osamotniony. 
            Tragedię rodziny Olczaków bardzo mocno przeżywa młoda zakonnica Regina, która doskonale znała zmarłą Krystynę i podziwiała ją za jej ogromne zalety, które uzewnętrzniały się nie tylko w domu. Regina uczy córeczki Eddiego i z bólem serca patrzy na ich rozpacz i rozpacz ich ojca. Surowa reguła zakonu zabrania jej uzewnętrzniania swych uczuć a przede wszystkim najmniejszego kontaktu fizycznego z osobami świeckimi co sprawia, że nie może nawet przytulić dziewczynek, które bardzo lubi i z którymi razem cierpi. Mimo to stara się, jak może, pocieszać osieroconą rodzinę, wchodząc często w konflikt ze ślubowanym posłuszeństwem. Ta sytuacja coraz bardziej, chociaż podejmuje próby uratowania swego zakonnego życia, utwierdza ją w tym, że wspólnota zakonna, do której wstąpiła jako jedenastoletnia dziewczynka sądząc, tak jak jej ukochana babcia, że to jest właśnie jej powołaniem  nie spełnia jej oczekiwań a surowa reguła krępująca jej naturę jest nie do uniesienia. Gdy jeszcze do tego dochodzi rodzące się uczucie, na dodatek odwzajemnione, do Eddiego Olczaka i miłość do jego dzieci Regina, po długotrwałej walce wewnętrznej, decyduje się na wystąpienie z zakonu, mimo obawy o swój los poza zakonem. Regina czuje, że jej powołaniem jest rodzina.

                   Powieść LaVyrle Spencer kończy się happy endem. 
Regina mimo swych wielkich obaw bez problemu i to w atmosferze pełnego zrozumienia jej problemu uzyskuje pożądaną dyspensę od złożonych ślubów zakonnych. Ale sam zakon opuścić jest zmuszona prawie, że potajemnie, tylko za wiedzą przełożonej. Nie może nawet pożegnać się z innymi siostrami. Przyczyny tego należy się doszukiwać w negatywnym w/g przełożonych zakonu oddziaływaniu takiej sytuacji na inne zakonnice.
Jednakże nie spotyka się, czego obawiała się najbardziej, z ostracyzmem społeczności, w której znana była wcześniej, a w której zdecydowała się pozostać.
I tu przyszła mi na myśl książka  Marty Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu", której jeszcze nie czytałam, ale o której sporo czytałam. Nie jest może trudno uzyskać dyspensę od ślubów zakonnych. Można chyba z czasem  przeboleć konieczność cichego opuszczenia zakonu. Ale najtrudniej jest się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdy nie ma się oparcia w społeczności, do której się powraca. I to trudno mi osobiście faktycznie zrozumieć.
                    "I otworzyło się niebo" to wielowątkowa powieść  pełna ciepła i miłości o wielu wymiarach, o silnych więziach  rodzinnych a także sąsiedzkich  w społeczności żyjącej tradycją wyniesioną jeszcze ze starego kraju.  Czyta się ją z dużą przyjemnością i z zainteresowaniem.  Polecam ja tym, którzy lubią takie powieści, które sprawiają, że zaczyna się tęsknić za światem, w którym życie nie jest zdeterminowane tempem i tym wszystkim co sprawia, że ma się coraz mniej czasu dla siebie nawzajem.

Było to tak udane spotkanie z LaVyrle Spencer, że poszukam jej innych książek.






Książka bierze udział w realizacji wyzwań : 










Konkurs - wyzwanie









Linki do wyzwań znajdują się w zakładce Wyzwania czytelnicze 2017.