Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gra w kolory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gra w kolory. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 września 2017

Sonata Kreutzerowska - Lew Tołstoj.



        We wrześniu w wyzwaniu gra w kolory na okładkach przeczytanych książek ma dominować brąz. Po przejrzeniu swojej biblioteczki zdecydowałam się na dwie a jedną z nich jest już przeczytana przeze mnie "Sonata Kreutzerowska" Lwa Tołstoja. 


  

              W tej wydanej w serii Koliber książeczce znajdują się dwa opowiadania, z których jedno jest tytułowym a drugie nosi tytuł "Albert".  "Albert" to liryczna mini opowieść o biednym, trochę szalonym,  skrzypku, który swą grą wyzwala w starym, samotnym, kawalerze chęć niesienia mu pomocy. Dieslow przygarnia Alberta z myślą, że stworzy mu warunki do rozwoju, jako artysty,  ale ten uzależniony od alkoholu nie chce zmieniać swego dotychczasowego marnego życia i podporządkować się swemu opiekunowi. 
            W tytułowej  "Sonacie Kreutzerowskiej", która jest jednym z najgłośniejszych opowiadań Lwa Tołstoja,  pisarz  zawarł historię -  dzisiaj powiedziałabym, że toksycznego - małżeństwa, które zakończyło się tragedią. Historię tę poznajemy dzięki narratorowi, który przysłuchuje się swoistego rodzaju spowiedzi głównego bohatera, Pozdnyszewa, w której ten relacjonuje sąsiadującemu z nim w pociągu adwokatowi jak doszło do tego, że zamordował swą żonę. Poznyszew, który został uniewinniony, w swym długim  i niezwykle emocjonalnym monologu oskarża głównie siebie za zaistniałą sytuację ukazując cały proces budzenia się u niego przerażająco obsesyjnej zazdrości,  i przyczyn, jakie według niego, legły u jej podstaw. I chociaż za pogarszające się relacje obwinia również żonę to odpowiedzialnością  za taki stan rzeczy obarcza obyczaje panujące w jego klasie społecznej, które przyzwalały na niemoralne prowadzenie się młodych mężczyzn, którzy żeniąc się szukali dziewcząt czystych, godnych być ich żonami. Poznyszew zarzucił również swemu środowisku, że dziewczęta są wychowywane tak, by czarować urodą, strojem a wszystko to po to, by złapać męża. Sam uważa się właśnie za ofiarę takiej mariażowej  polityki chociaż z drugiej strony wyrzuca sobie rozpustność swego przedmałżeńskiego życia, które przełożyło się na brak zaufania do swej żony. 
              "Sonata Kreuzerowska" jest porażającym studium psychiki głównego bohatera, który w swych uczuciach do żony popada wciąż w skrajności, aż wskutek niepohamowanej zazdrości doprowadza się do obłędnej nienawiści,  z czasem wywołującej w nim przemożną chęć stosowania wobec niej  przemocy, co w efekcie kończy się strasznym dramatem. To proza gęsta od złych emocji, ale niezwykle wciągająca.
             Interesującym jest to, że Lew Tołstoj posłużył się w swym opowiadaniu swoim postępkiem, który tu potępił. A mianowicie Poznyszew przyznaje, że dał swej narzeczonej do przeczytania swój pamiętnik, jak to zrobił sam pisarz dając swej młodziutkiej żonie, Zofii, swój, w którym zawarł szczegóły swych przedmałżeńskich romansów o czym wspomina ona w swej autobiografii, pisząc jakiego szoku doznała w trakcie ich czytania. Kierując się zaś przywołanymi na wstępie przez pisarza fragmentami Ewangelii można by sądzić, że "Sonata Kreutzerowska" miała pokazać jakie są skutki popełnianych w młodzieńczym życiu grzechów obyczajowych.


Książka bierze udział w wyzwaniu : gra w kolory.

czwartek, 31 sierpnia 2017

"Lód i woda, woda i lód" - Majgull Axellson o skomplikowanych relacjach rodzinnych i ich wpływie na następne pokolenia.


           Zachęcona opiniami o książkach  Majgull Axelsson - współczesnej szwedzkiej pisarki - nabyłam sobie "Kwietniową czarownicę", która czeka na czytanie, a przeczytaną ostatnio pt. "Lód i woda, woda i lód" przyniosłam z biblioteki i w sam raz spasowała mi do sierpniowego koloru w wyzwaniu gra w kolory.
           Jak  we wszystkich swych książkach tak i w tej Majgull Axelsson pisze o kobietach. Tutaj główną bohaterką jest dobiegająca czterdziestki autorka kryminałów, która sądziła, że gdy wypłynie wraz z grupą naukowców na lodołamaczu znajdzie na "Odynie" miejsce, w którym spokojnie będzie mogła oddać się pisaniu nowej książki. Suzane ma za sobą trudną przeszłość, z którą się wciąż zmaga, ale nawet tutaj ona ją dopada wraz z usłyszaną piosenką, śpiewaną przed wielu laty przez Bjorna Hallgrena, z którym wychowywała się jak siostra z bratem, a który faktycznie był jej kuzynem. To wystarcza, by cała jej przeszłość powróciła; dzieciństwo pozbawione miłości matki, Inez, której sercem całkowicie i bez reszty zawładnął Bjorn i to od momentu, gdy jej bliźniacza siostra, Elsa, niechcianego przez siebie  przyniosła go do domu.  Nie starczyło Inez już uczucia dla córki co tę doprowadziło do kompleksów, pozbawiając pewności siebie i swej wartości a z czasem do braku sensu swego żcia i próby samobójczej. 
           Akcja książki głównie toczy się na Odynie, wśród kruszonego przez niego lodu, ale jej fabuła jest przeplatana historią życia kobiet z rodziny Suzane, począwszy od jej babki. 
Jest to opowieść o dwu  pokoleniach kobiet, żyjących w trudnych związkach, pełnych napięć i niezrozumienia, o ich  wyborach i wynikającego z tych wyborów braku poczucia szczęścia, który to brak  ma destrukcyjny wpływ na kolejne pokolenia, pozbawione tego co najistotniejsze - matczynej miłości. 
           Inez i Elsa dorastają w cieniu małżeńskiego dramatu z matką, którą przerastają jej własne problemy, która nigdy z nimi nie nawiąże serdecznej więzi. Gdy Elsa odrzuca swojego maleńkiego syna, będącego owocem gwałtu, a babka również nie chce go wychowywać to Inez decyduje o tym, że będzie go wychowywać. Dla niego wychodzi za mąż, ale nie potrafi już pokochać  własnej córki, Suzane, widząc w niej wyłącznie wady. To Bjorn jest całym jej życiem. Jednak nie tylko Suzane w tej rodzinnej sytuacji czuje się odrzucona, gdyż Bjorn, mimo okazywanej mu miłości przez Inez, również  z cierpi z powodu odrzucenia przez własną matkę i braku jej w swoim życiu. 
            Młodociany Bjorn robi karierę, jako solista zespołu muzycznego, ale wydarza się coś co zmienia życie Suzane i jej rodziny w koszmar. I wtedy z pomocą przychodzi jej ciotka, Elsie, która uczy ją jak walczyć o siebie, o odbudowanie swojej wartości. Elsie, która sama kiedyś uciekła przed swoim życiem na morze ,uczy swą siostrzenicę, jak stawić życiu czoła.
            Na Odynie jednak nie tylko wspomnienia osaczają Suzane. 
Ktoś narusza jej spokój poprzez wtargnięcia, pod jej nieobecność, do kajuty i dokonując dziwnych i drastycznych czynów sprawia, że czuje się osaczona i znów  pozbawiona pewności siebie. Podejmuje jednak ryzyko wykrycia prześladowcy i okazuje się, że on również stanowi element jej traumatycznej przedszłości. Pokonanie go sprawia, że Suzane staje się wreszcie wolna i silna.

            "Lód i woda, woda i lód"  to książka, która przekonała mnie do prozy Majgull Axelsson.  Jest wielowątkowa a wszystkie wątki są równie interesujące jak  główny, w którym zawarta jest historia Suzane, gdyż są jej uzupełnieniem a raczej wypełnieniem. To powieść obyczajowa, ale mimo to trzyma w napięciu, dzięki historii Bjorna Hallgrena i sytuacji jaka staje się udziałem Suzane na statku. 
            Ogromnym walorem tej książki są stworzone przez pisarkę postaci i  ich pogłębione psychologiczne portrety, ale także niebanalne, pełne lodowatego piękna opisy miejsca, w którym toczy się bieżąca  akcja czyli za kołem podbiegunowym. Mimo  zimnej scenerii i bijącego z książki chłodu uczuć wyzwoliła ona we mnie  całą gamę  rozgrzewających emocji a także pobudziła  do refleksji nad kondycją współczesnego społeczeństwa szwedzkiego, bo to jego obraz pokazała Axelsson w swej książce. 
To bardzo dobra proza......pod każdym względem.

Książka bierze udział w wyzwaniu gra w kolory czytamy powieści obyczajowe.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Babie lato, czyli bądź szczęśliwa całe życie - Agnieszka Perepeczko.






            Lektura tej książki sprawiła, że mogłam wziąć udział  w dwu wyzwaniach równocześnie. Okładka ma, jak doskonale widać  kolor żółty a w tytule jest la. To "Babie lato, czyli bądź szczęśliwa całe życie" Agnieszki Perepeczko. Książka trafiła do mnie już sporo czasu temu przy okazji jakiegoś wygranego candy i pewno nadal byłaby czekała na swoją kolej, gdyby nie ta okoliczność, że pasowała mi do obydwu wyzwań, w których niby biorę udział  co miesiąc chociaż ze zmiennym powodzeniem.
         Autorka książki jest mi mało znaną osobą a to z tego względu, że jako aktorka niestety, jak sama o tym pisze w swej książce, nie była rozpieszczana przez polskich reżyserów stąd też nie była angażowana do filmów i zagrała tylko kilka rólek - prawie że statystycznych - a nie miałam okazji nigdy być w teatrze Komedia, w którym występowała. Dopiero rola jaką zagrała w serialu "M jak miłość"  sprawiła, że ją zauważyłam. I pewno nie tylko ja.
        W 1981 roku  Agnieszka Perepeczko   - przed stanem wojennym -  zupełnie zniknęła wyjeżdżając aż do Australii, gdzie własnie napisała "Babie lato...". W początkowym zamyśle miał to być poradnik dla pań, w którym aktorka zamierzała podzielić się refleksjami się na temat zdrowia i życia w okresie "babiego lata", ale gdy wydawnictwo zażyczyło sobie "mięsa" powstała książka, w której aktorka zawarła przede wszystkim swoje wspomnienia, w które wplotła swe rady i porady jak długo zachować swą witalność i dobry wygląd a nawet ciekawe przepisy kulinarne. Nie ma jednak w nich, gdyby ktoś tego oczekiwał, jakichś pikantnych opowieści......są to zupełnie grzeczne wspomnienia kobiety, która sporo własną ciężką pracą osiągnęła.
       Jednak właśnie wspomnienia Autorki "Babiego lata...." i te z lat młodości, w której  zawarła wiele przyjaźni,  które przetrwały mimo odległości jaka ją dzieliła od przyjaciółek w Polsce, i zakochała się w Marku Perepeczko, a także te późniejsze -  już związane ze swoją drugą ojczyzną, Australią, sprawiły, że czas poświęcony na   przeczytanie książki nie  uważam za stracony. Na kartach książki pojawia się między innym Barbara Wachowicz, z którą łączy ją wielka i serdeczna przyjaźń.
       Agnieszka Perepeczko nie pisze wprost dlaczego zdecydowała się zamienić  Polskę na Australię pozostawiając tu swego ukochanego męża Marka. Ale można się domyślić, że świat, który zobaczyła w 1976 roku, gdy poleciała  po raz pierwszy do Melbourne jako modelka, tak różny od socjalistycznej szarości i oferujący wiele możliwości do realizowania się  dla tak dynamicznej osoby, jaką jest bohaterka książki, mógł być dla niej niezwykle pociągającym. A poza tym obecność tam brata, Marka,  mogła być dodatkowym bodźcem tak istotnych zmian w życiu a i pewno wiara w to, że Marek, jej mąż, dołączy do niej. Co jak wiadomo nie stało się, gdyż ten w Australii nie czuł się dobrze i pozostali na wiele lat małżeństwem na odległość.
        Po tym, jak poznałam Agnieszkę Perepeczko w trakcie oglądania wcześniejszych odcinków "M jak miłość", którego to seriali jak i zresztą innych od lat nie oglądam, ciekawiło mnie czym się w Australii zajmowała, ale nigdy nie śledziłam jej życia,  i muszę przyznać, że totalnie mnie zaskoczyło, że zarabiała na swe utrzymanie fotografowaniem na imprezach organizowanych przez różne środowiska i sprzedażą swych zdjęć o czym interesująco pisze. Nie rozpisuje się natomiast wiele o rolach, które zagrała w Australii. Natomiast ciekawie pisze o samej Australii i ludziach tam poznanych. 
          W sumie muszę przyznać, że zagłębiałam się w wynurzenia Agnieszki Perepeczko z przyjemnością; przypomniała mi o tym, że już dawno przestałam o siebie dbać i może nawet poczułam się trochę zainspirowana do przełamywania swego lenistwa na tym polu, pozwoliła powrócić do wspomnień z lat również i mojej młodości a przede wszystkim przybliżyła mi  Australię i jej mieszkańców tak diametralnie, jak się okazuje, różniących się od nas pod wieloma względami i to nie tylko dlatego, że jest tam taki konglomerat narodowościowy. 
Książka napisana jest z dużym polotem i  humorem więc również mnie  bawiła  co jest jej dużą zaletą. Wydana została  przez Bertelsmann Media starannie, estetycznie i w świetnej szacie graficznej a także  zawiera sporo świetnych zdjęć co jest jej dodatkowym atutem. Może Pani Fitkau - Perepeczko, która dla mnie jest głównie celebrytką,  zawarła w niej pean na swoją cześć, ale w sumie mnie to nie przeszkadzało, gdyż czasem taka odskocznia w cudze życie, zupełnie inne niż moje, jest fajną sprawą. Z pewnością też nie znalazłam w niej recepty na szczęśliwe życie, bo dla każdego ono co innego oznacza, ale dała mi sporo rozrywki  a czytało mi  się ją na dodatek szybko, dzięki krótkim rozdziałom.





___________________________
Książka bierze udział w wyzwaniach : łów słów, Gra w kolory.

czwartek, 29 czerwca 2017

"Smażone zielone pomidory" - Fannie Flagg








Smażone zielone pomidory.


1 średni zielony pomidor na osobę

sól

tłuszcz z bekonu

biała mąka kukurydziana                                                                  pieprz

Pokrój pomidory na plastry o grubości około pół centymetra, posyp je solą i pieprzem, a potem obtocz z obu stron w mące. W dużej rynience podgrzej tyle bekonu, by przykrył dno i smaż pomidory, aż po obu stronach lekko się zrumienią.

          Niebo w gębie! To opinia bohaterki książki, Evelyn Couch, o tym daniu Sipsey, którym zajadali się bywalcy Whistle Stop Cafe u Idgie Threadgoode i Ruth Jamison.


          Jeżeli chodzi o potrawę muszę się zdać na gust i smak Evelyn, ale książkę, w której tytule została ona przywołana, przeczytałam z dużą przyjemnością. Fabułę jej już poznałam wcześniej z filmu, który został na jej podstawie nakręcony i być może dlatego dość długo czekała zanim po nią sięgnęłam i to dopiero za sprawą wyzwania gra w kolory.


         "Smażone zielone pomidory" doczekały się tak wielu opinii, szczególnie na LC, że nie ma sensu bym się dużo na ich temat rozpisywała.


         Akcja książki rozgrywa się w Alabamie na dwu płaszczyznach czasowych : współcześnie - głównie w 1986 roku, a retrospektywnie na przestrzeni XX wieku; przez lata wielkiego kryzysu po lata 70-te, ukazując szczegółowo losy zarówno białych, jak i czarnych bohaterów tej części powieści, którą poznajemy dzięki wspomnieniom Cleowej Threadgoode, które snuje ona przed poznaną w Domu Spokojnej Starości Evelyn Couch. Wspomnienia te są tak interesujące a wręcz frapujące, że Evelyn z ogromnym zainteresowaniem się w nie wsłuchuje za każdym razem, gdy spotyka się z sympatyczną i niezwykle pozytywnie nastawioną do życia staruszką.

          Te spotkania wywierają na nią ogromnie motywujący wpływ. Pozbawiona radości życia wskutek mało udanego pożycia małżeńskiego, przeżywająca trudny okres menopauzalny, Evelyn, która cierpi na dodatek wskutek swej nadmiernej tuszy, a mimo to wszystkie swe smutki zajada słodyczami, znajduje w starszej od siebie o wiele lat Ninny Threadgoode przyjaciółkę, która w swej dobroci potrafi nie tylko ją doskonale zrozumieć, ale również wykazać w czym kryje się jej urok, który, jak uważa, powinna wykorzystać w próbie podjęcia pracy jako przedstawicielka firmy kosmetycznej.

          Pani Threadgoode zmienia stosunek Evelyn do samej siebie, ale to bohaterka jej wspomnień, równie odważna co nieobliczalna, IngieThreadgoode, sprawia, iż z kobiety stłamszonej domową sytuacją, z której do tej pory nie widziała wyjścia, Evelyn staje się w pewnym momencie, po agresywnym ją potraktowaniun przez obcego młodego mężczyznę pełną gniewu Towandą Mścicielką, która zamierza oczyścić świat z całego zła, któremu winni są mężczyźni.


          Zanim napisałam ten post obejrzałam jeszcze raz film, który został nakręcony na podstawie powieści Fanny Flagg. Właśnie....na podstawie, gdyż niestety, jak to z filmami bywa, jego fabuła nie oddaje wiernie treści książki i to w istotnych wątkach. Również zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia. Film odebrałam więc tym razem z mieszanymi uczuciami......jedynie wątek Evelyn, i to nie tylko dzięki znakomitej grze obu aktorek / Kathy Bates jako Evelyn i Jessice Tandy jako Ninny/ obronił dla mnie ten obraz, chociaż postać Ninny została zubożona o jej wiarę chrześcijańską, którą Fannie Flagg mocno eksponuje w swej powieści, a którą ta się kierowała w swym życiu, i z której wypływał jej niezachwiany życiowy optymizm.


          Powracając do książki. "Smażone zielone pomidory" to, moim skromnym zdaniem, napisana z dużym polotem i pełna mądrości powieść, która dzięki różnorodności i prawdziwości stworzonych przez pisarkę postaci oraz ich przeżyć - radosnych czy też smutnych - oddziaływuje na emocje czytającego, raz poruszając wewnętrznie a innym razem doskonale bawiąc czytelnika. A ponadto zaraża go optymizmem, jaki z jej kart przebija, co jest jej ogromnym atutem.


___________________________________________

 Książka bierze udział w wyzwaniu gra w kolory i czytamy powieści obyczajowe.           

środa, 31 maja 2017

"Schulz pod kluczem" - Wiesław Budzyński



             Udział w wyzwaniach czytelniczych ma niezaprzeczalnie dla mnie duże plusy, gdyż  pomaga mi w wyczytywaniu biblioteczki i poznaniu książek, które z pewnością jeszcze dość długo by czekały na swoją kolej do czytania.
            Tak było by również z książką Wiesława Budyńskiego p.t."Schulz pod kluczem" , o której dzisejszy post, a którą  nabyłam sobie na Allegro, przy okazji innych książkowych zakupów. 



       Odkąd prowadzę bloga sporo czytałam o przynajmniej tych dwu sztandarowych książkach Bruno Schulza, jakimi są : "Sklepy cynamonowe" i "Sanatorium pod klepsydrą", ale  ich Autor nadal był mi zupełnie nie znany/ do liceum chodziłam w latach 60-tych, nie studiowałam polonistyki ani literaturoznawstwa więc chyba jestem jakoś wytłumaczona/. Toteż, gdy zobaczyłam książkę  Wiesława Budzyńskiego - zaintrygowana nią -  zdecydowałam się dołączyć ją do innych nabywanych książek. I w ten sposób za mizerne, chyba, 5 zł  stałam się posiadaczką, jak się okazało nie tylko dobrze i estetycznie wydanej, ale przede wszystkim doskonale, bo rzetelnie i błyskotliwie napisanej, i przynajmniej dla mnie odkrywczej biografii mistrza z Drohobycza na Kresach - dzisiaj Ukraina. 

               Po przeczytaniu tej fascynującej, oddziaływujacej na moją wyobrażnię a przy tym czytającej się jak bardzo dobra powieść, opowieści Wiesława Budzyskiego  syn niezamożnego kupca bławatnego z Drohobycza, Jakuba Schulza, po którym odziedziczył słabe zdrowie i szczupłą przygarbioną sylwetkę, ale równocześnie nadzwyczajną inteligencję,  wyobraźnię i marzycielstwo a także dowcip i poczucie humoru zrobił się dla mnie nagle kimś znajomym. 
             Wiesław Budzyński pozwala czytelnikowi poznać Bruno Schulza poprzez cytowanie  wypowiedzi osób, które go znały oraz fragmentów listów, z tych, które zachowały się, a jego kontakty korespondencyjne były szerokie i bogate w treść. Autor przywołuje w swej książce również Jerzego Ficowskiego, który poczynił wiele starań, by odnaleźć spuściznę epistolograficzną, literacką i rysowniczą, która niestety poniosła ogromne straty wskutek działań totalitaryzmów XX wieku. Z książki i snutych wspomnień , a także fragmentów listów wyłania się czytelnikowi wielce dramatyczna postać. Człowiek pełen kompleksów i zahamowań, niedostosowany do życia, uważany przez innych za dziwoląga, którego jedynym pragnieniem było być wolnym i móc pisać. A to nie było mu dane, gdyż by utrzymać swą matkę, chorą siostrę i jej syna musiał wykonywać znienawidzony zawód nauczyciela rysunków. Gdy nie otrzymał upragnionego urlopu w jednym z listów pisał :"[...]nadal hałastra będzie wyprawiała harce na moich nerwach. [...] Nerwy moje rozbiegły się siecią po całej pracowni robót ręcznych, rozprzestrzeniły się po podłodze, wytapetowały ściany i oplotły gęstąplecionką warsztaty i kowadło..."

               Drugim bohaterem  książkiWiesława Budzyńskiego - równie intrygującym -  jest miasteczko Drohobycz na Kresach, na tle którego ukazuje on Bruno Schulza. Wielonarodowy, barwny w tamtym czasie Drohobycz, w którym ten czuł się najlepiej, i którego nie chciał opuszczać....nawet dla Józefy Szelińskiej, nazywanej przez siebie narzeczoną, tego nie zrobił i nie przeniósł się do Warszawy. Drohobycz, w którym się urodził, żył, tworzył i w końcu znalazł  tragiczną śmierć z rąk SS-mana, i pozbawiony został pośmiertnego miejsca. Drohobycz, ktróry nigdy go nie znał tak do końca i nie docenił, w którym dzisiaj mało kto wie kim Bruno Schulz był.

                "Schulz pod kluczem" to świetnie i szybko się czytająca biografia nietuzinkowego człowieka, ale również miasta, które przechodziło jak on różne koleje losu, co zubożyło je pod każdym względem .
                 Książka jest zaopatrzona w stare zdjęcia Drohobycza i rysunki Bruno Schulza, w tym jego autoportrety co dodatkowo podnosi jej wartość a poza tym mnóstwo przypisów, z których dokładnie poznajemy osoby, których wspomnienia pojawiają się na jej kartach. A Drohobycz, jak się okazuje był rodzinnym miastem wielu znakomitości..........znanych, mniej znanych i zupełnie nieznanych.

_______________________

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania gra kolorów

sobota, 29 kwietnia 2017

"Sprawiedliwość owiec" czyli o tym jak owce prowadziły śledztwo w sprawie śmierci swego pasterza...



          W kwietniu w wyzwaniu Gra w kolory okładki czytanych książek miały być w zieleni a zielony to mój ulubiony kolor. I w takim kolorze jest właśnie przeczytana przeze mnie "Sprawiedliwość owiec" Leonie Swan. I tak książka, którą wymieniłam za punkty na Finta.pl w 2012 roku /jak ten czas biegnie/ doczekała się wreszcie czytania - dzięki kolorowi okładki. 



            George Glenn był dobrym pasterzem dbającym o swoje, składające się z: czarnego, czwororożnego barana hebrydzkiego, górskiej owcy czarnogłówki, merynosa i owiec rasy Cladoir skrzyżowane z czarnogłówkami, stado, ostatnie takie w Irlandii. Owce, mimo pewnych pretensji do niego, lubiły swego starego pasterza, który im czytał książki, i który był jedynym człowiekiem jakiego rozumiały, gdy do nich mówił. Toteż, gdy znalazły go nieżywego, przebitego szpadlem, stwierdziły, że musiał zostać zamordowany i postanowiły odnaleźć sprawcę, by wymierzyć mu sprawiedliwość.
              Zadanie to nie było łatwe, gdyż stado, które musiało teraz samo walczyć o przetrwanie a na dodatek podjąć walkę z pasterzem Gabrielem, który okazał się być dla nich Wilkiem, a tropy zaczęły się mnożyć i rozbiegać w różne strony co komplikowało bardzo  dochodzenie do prawdy, zaczęło się zniechęcać. Ale wówczas panna Maple, najmądrzejsza z owiec George'a, przypominała im ile mu zawdzięczają skutecznie je w ten sposób motywując do działania. 
            
              Nie będę się rozpisywać o tej sympatycznej opowiastce kryminalno-filozoficznej, w której owce dowiadują się, że ludzie też tworzą stada, wśród których znajdują się Wilki wzbudzające strach, i że bywa, że ktoś jest wykluczany ze stada i staje się samotnikiem, takim, jakim był ich nieżyjący pasterz. A to dlatego, że "Sprawiedliwość owiec" ma zaskakująco wiele opinii na LC.
Sama jednak muszę stwierdzić, że powieść, którą czytałam z dużą przyjemnością, ma wszystkie atrybuty dobrego, lekkiego, kryminału, w którym jest trup, a nawet dwa i są zwroty akcji, jak również tropy prowadzące do nikąd, jak te z "trawką" a  nietypowi i wzbudzający sympatię śledczy  swą naiwnością i prostotą w "dedukowaniu" sprawiali, że często w trakcie czytania uśmiech gościł na mojej twarzy. Wyjaśnienie się zaś zagadki kryminalnej zaskoczyło mnie nie mniej niż owce, które odegrały pełen dramaturgii spektakl mający na celu wskazanie  domniemanego sprawcę.


Kończąc swoją opinię nie mogę się powstrzymać, by się nie odnieść do wydania "Sprawiedliwości owiec". O ile szata graficzna książki jest przyjemna z tą owieczką dla oka to tekst niestety jest niechlujny, jak rzadko. Nie tylko jest w nim dużo literówek, ale również i stylistyczne błędy się również w nim pojawiły. Nie jestem jakoś szczególnie wyczulona na tego typu błędy, ale tym razem mnie irytowały.

__________________

Książka bierze udział w wyzwaniu Gra w kolory

czwartek, 12 stycznia 2017

I otworzyło się niebo - LaVyrle Spencer .....o tym jak zastąpić jedno powołanie drugim....

   




     Powieść pisarki amerykańskiej, LaVyrle Spencer, znanej aż z dwudziestu dwu  książek, o istnieniu której do tej pory nie miałam pojęcia,  nabyłam przy okazji innych zakupów książkowych na allegro już chwilę temu. Przemówił do mnie tytuł, ale bardziej to co wyczytałam na tylnej części okładki a mianowicie, że powieść osadzona jest w środowisku polskich emigrantów w Stanach Zjednoczonych. Przeważyło jednak to, że jak wyczytałam na skrzydełku okładki : Ta amerykańska pisarka o oryginalnym imieniu LaVyrle i pogodnej, otwartej twarzy z powodzeniem konkuruje z najpopularniejszymi autorkami i bez trudu podbiła serca milionów czytelniczek. Jej książki nie są melodramatami z życia wyższych sfer, nie ma w nich taniej sensacji - to "powieści rodzinne", ciepłe i bezpretensjonalne.

Jak widać zostałam skutecznie zachęcona i stwierdzam po jej przeczytaniu, że nie żałuję tego zakupu, gdyż słowa zawarte w opisie potwierdziły się całkowicie.

                 Książka opatrzona jest krótki wstępem Od autorki, z którego dowiedziałam się, że " I otworzyło się niebo" jest ostatnią książką LaVyrle Spencer, a powraca w niej do swego rodzinnego miasteczka Browerville osadzając własnie w nim akcję powieści. Browerville było miejscem akcji również pierwszej książki pisarki. Pisze o tej decyzji tak : Miałam miłość rodziny, spokój miasteczka, w którym wszyscy się znali, i oparcie w parafialnej szkole, gdzie tradycja stwarzała silne poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że pisząc swoją pierwszą książkę umieściłam jej akcje w Browerville, i prawdopodobnie nie zdziwi też nikogo, że teraz, gdy piszę ostatnią znów do niego wracam.
I taką atmosferę oddała w opowiedzianej historii, która jak sama pisze jest dziełem wyobraźni, niemniej inspirowana jest osobami, które znała jako dziecko, w tym również swym domem rodzinnym.
Jedynie siostra Regina, główna bohaterka powieści, której życiowe i duchowe rozterki  śledziłam z niesłabnącym zainteresowaniem, jest postacią, która nigdy nie istniała. A zatem wygląda na to, że i historia zakonnicy, która po długiej walce wewnętrznej opuszcza zakon została przez pisarkę wymyślona. LaVyrle Spencer nie wspomina bowiem, by kiedykolwiek słyszała o takiej sytuacji. Jednak opowieść jej brzmi zupełnie prawdziwie i może dlatego tak porusza.
                    Książka wprowadza nas w atmosferę małego amerykańskiego miasteczka lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, w którym mieszka i żyje kolejne pokolenie polskich emigrantów. Rodziny są wielopokoleniowe i wielodzietne. Wszyscy się doskonale się znają, gdyż uczęszczają  do jednego kościoła katolickiego, którego proboszcz jest nie tylko ich spowiednikiem, ale również doradcą, a w życiu którego biorą czynny udział, gdyż życie  odmierzane jest tu zmieniającymi się porami roku i katolickimi świętami. Posyłają dzieci do jedynej szkoły prowadzonej przez zakonnice, dominikanki. A nawet mężczyźni spotykają się wieczorami po pracy w jednym barze a w soboty poza okresem Wielkiego Postu i Adwentu młodzi chodzą na tańce, na których zawiera bywa i trwałe znajomości, które owocują nawet małżeństwem. Życie wydaje się tu być  sielankowe, ale i tu wydarzają się tragedie. I taka właśnie dotyka szczęśliwie żyjącą rodzinę Krystyny i Eddiego Olczaków. Krystyna nagle ginie w wypadku samochodowym pozostawiając nieutulonego w żalu męża i osieracając dwie małe córeczki. Dramat jest tym większy, że nie tylko była dobrym duchem swego domu, ale to ona wszystkim się w nim zajmowała a Eddie mógł się poświęcać swym zawodowym obowiązkom, do których oprócz wypełniania zadań woźnego  w szkole należało codzienne dzwonienie na msze, Anioł Pański /trzy razy dnia/  i przy wszystkich innych okazjach. Eddie przy pomocy swej i żony rodziny radzi sobie jak może, ale czuje się bardzo przybity i osamotniony. 
            Tragedię rodziny Olczaków bardzo mocno przeżywa młoda zakonnica Regina, która doskonale znała zmarłą Krystynę i podziwiała ją za jej ogromne zalety, które uzewnętrzniały się nie tylko w domu. Regina uczy córeczki Eddiego i z bólem serca patrzy na ich rozpacz i rozpacz ich ojca. Surowa reguła zakonu zabrania jej uzewnętrzniania swych uczuć a przede wszystkim najmniejszego kontaktu fizycznego z osobami świeckimi co sprawia, że nie może nawet przytulić dziewczynek, które bardzo lubi i z którymi razem cierpi. Mimo to stara się, jak może, pocieszać osieroconą rodzinę, wchodząc często w konflikt ze ślubowanym posłuszeństwem. Ta sytuacja coraz bardziej, chociaż podejmuje próby uratowania swego zakonnego życia, utwierdza ją w tym, że wspólnota zakonna, do której wstąpiła jako jedenastoletnia dziewczynka sądząc, tak jak jej ukochana babcia, że to jest właśnie jej powołaniem  nie spełnia jej oczekiwań a surowa reguła krępująca jej naturę jest nie do uniesienia. Gdy jeszcze do tego dochodzi rodzące się uczucie, na dodatek odwzajemnione, do Eddiego Olczaka i miłość do jego dzieci Regina, po długotrwałej walce wewnętrznej, decyduje się na wystąpienie z zakonu, mimo obawy o swój los poza zakonem. Regina czuje, że jej powołaniem jest rodzina.

                   Powieść LaVyrle Spencer kończy się happy endem. 
Regina mimo swych wielkich obaw bez problemu i to w atmosferze pełnego zrozumienia jej problemu uzyskuje pożądaną dyspensę od złożonych ślubów zakonnych. Ale sam zakon opuścić jest zmuszona prawie, że potajemnie, tylko za wiedzą przełożonej. Nie może nawet pożegnać się z innymi siostrami. Przyczyny tego należy się doszukiwać w negatywnym w/g przełożonych zakonu oddziaływaniu takiej sytuacji na inne zakonnice.
Jednakże nie spotyka się, czego obawiała się najbardziej, z ostracyzmem społeczności, w której znana była wcześniej, a w której zdecydowała się pozostać.
I tu przyszła mi na myśl książka  Marty Abramowicz "Zakonnice odchodzą po cichu", której jeszcze nie czytałam, ale o której sporo czytałam. Nie jest może trudno uzyskać dyspensę od ślubów zakonnych. Można chyba z czasem  przeboleć konieczność cichego opuszczenia zakonu. Ale najtrudniej jest się odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdy nie ma się oparcia w społeczności, do której się powraca. I to trudno mi osobiście faktycznie zrozumieć.
                    "I otworzyło się niebo" to wielowątkowa powieść  pełna ciepła i miłości o wielu wymiarach, o silnych więziach  rodzinnych a także sąsiedzkich  w społeczności żyjącej tradycją wyniesioną jeszcze ze starego kraju.  Czyta się ją z dużą przyjemnością i z zainteresowaniem.  Polecam ja tym, którzy lubią takie powieści, które sprawiają, że zaczyna się tęsknić za światem, w którym życie nie jest zdeterminowane tempem i tym wszystkim co sprawia, że ma się coraz mniej czasu dla siebie nawzajem.

Było to tak udane spotkanie z LaVyrle Spencer, że poszukam jej innych książek.






Książka bierze udział w realizacji wyzwań : 










Konkurs - wyzwanie









Linki do wyzwań znajdują się w zakładce Wyzwania czytelnicze 2017.