wtorek, 30 czerwca 2015

Kilka książek rodzimych autorek, na które zwróciłam uwagę.




           Ostatnio rzadko zaglądam na strony księgarń internetowych. Trwając w postanowieniu czytania więcej książek niż ich kupowania nie powiększam już w takim tempie jak w poprzednich latach domowej biblioteki. Dzisiaj jednak z ciekawości kuknęłam na stronę Selkar.pl i stwierdziłam, że ciężko mi znaleźć wśród oferty coś co by mnie tak naprawdę zainteresowało. A poza tym już okładki nowo wydawanych książek mnie odstręczają. Rzadko zdarza się okładka, która zwróciła by moją uwagę na tytuł. Ich kolorowa krzykliwość i mała subtelność w obrazowym zasygnalizowaniu treści sprawia, że nawet nie chce się rzucić okiem na to czego można spodziewać się w środku.

        A oto kilka, na które zwróciłam szczególną uwagę. Tym razem są to powieści rodzimych autorek. Może przez te oszczędne wyrazie okładki.



"Warkocz pokoleń" to wpisana w dzieje śląskiej rodziny opowieść o ludziach prawdziwych, nie "malowanych", o ich zaletach i przywarach, osiągnięciach i klęskach, o ich życiu codziennym, jakże surowym i nieraz gorzkim, a przecież niepozbawionym barwy i humoru. O ludzkich zmaganiach z losem wśród zawirowań historii i zwykłym dążeniu człowieka do swego miejsca wśród innych, własnego dachu nad głową; do szczęścia, bezpieczeństwa, miłości? Ta tocząca się na przestrzeni ponad stu lat rodzinna saga to także szmat historii Śląska, pokazanej "od wewnątrz", nie przez pryzmat kronik i dokumentów, lecz oczami świadków - bez zbytniego patosu i "cierpiętnictwa", raczej z filozoficzną powściągliwością prostego człowieka. Jest
to wreszcie opowieść na wskroś autentyczna. Celem jej spisania było niejako oddać głos naszym "starzikom" i "prababkom w jaklach", możliwie jak najwierniej przekazać ich obraz, ich sposób myślenia, wyznawane wartości, a także dawną obyczajowość i tradycjonalny tok życia śląskich wsi i robotniczych miasteczek.








         Opowieść o młodej dziewczynie, która na skutek miłości do niewłaściwego mężczyzny bierze w banku wielki kredyt komplikujący całe jej życie. Popularne imię i nazwisko użyte zostało nieprzypadkowo. Ta oparta na faktach historia pokazuje, że każda kobieta może zostać Karoliną Kowalską.






Książka oparta na refleksji o życiu w jego różnych odsłonach. Wielowątkowa opowieść o przyjaźni i miłości, ale też o chorobie, pozostawionej ludzkiej arogancji, prowadzącej do śmierci. Kompozycja poruszających treści skłania do przemyśleń przechodzących w bezsilną złość wobec niesprawiedliwości tego świata. Świata, który w swym napędzonym kole powinien zwolnić, aby uznać to, co najcenniejsze...
Debiut zainspirowany autorefleksją.

 

 Trzy kobiety i jedno mieszkanie. Trzy pokolenia i jedna historia. Wciągająca saga z Polską ostatnich dekad w tle.
Czy decyzje, które podejmujemy, są naszymi własnymi decyzjami, czy też nieświadomie powielamy wzorzec przekazany nam w genach? Na ile rzeczywiście kontrolujemy swoje życie, a na ile ulegamy mechanizmom silniejszym od nas? W najnowszej powieści Małgorzaty Sobieszczańskiej trzy kobiety: babcię, matkę i córkę łączy nie tylko więź krwi, ale coś jeszcze, doświadczenie jednej nocy, które zadecyduje o całym życiu. Tak jakby los potrafił uprzeć się przy swoim i zdecydował, że nasza historia okaże się powieloną historią naszych matek, babek i prababek.
Amelię od śmierci dzieli kilka chwil. Ma ostatnią szansę, by opowiedzieć o swojej przeszłości. Na powiernika wybiera prawnuka, który niewiele z jej historii rozumie. Prawda odejdzie razem z nią, bez szansy, by kiedykolwiek została odkryta.
W odchodzeniu towarzyszą jej córka i wnuczka. Janina zrezygnowała z pracy w biurze i całe dnie spędza w warszawskim mieszkaniu, opiekując się matką. Maja z kolei nie potrafi pozbierać się po rozwodzie. Niegasnąca miłość do byłego męża pcha ją do szalonych czynów, po których wszystkim robi się jeszcze bardziej niezręcznie.
Amelia, Janina i Maja żyją w jednym mieszkaniu, ale niewiele o sobie wiedzą. Razem z nimi mieszka mąż Janiny, Kostek, którego historia splata się z losami kobiet. Zmianę przyniesie wspólny wyjazd matki i córki do rodzinnego Gdańska, gdzie letni poranek okaże się kluczem do skomplikowanej i przemilczanej przeszłości."Kilka dni lata", nowa książka scenarzystki i dziennikarki Małgorzaty Sobieszczańskiej, to skomponowana z wdziękiem opowieść o skryptach rodzinnych i próbach ich przełamania.





 Jesień w powieści ma wiele twarzy. To pora roku i przełom w życiu pewnej dziewczyny, która nie ma już nic do stracenia. To opowieść o samotności, cenie popełnianych błędów, wybieraniu własnej drogi, sile przyjaźni i miłości. Pełno w niej niespodzianek ? tu osiedlowy blokers może zaprzyjaźnić się z dystyngowanym staruszkiem, ateistka odnaleźć Boga, tajemniczy zboczeniec zaatakować znienacka, a internetowy byt stać się realnym w najmniej spodziewanym momencie. To przede wszystkim historia przemiany, doprawiona szczyptą sensacji i sporą porcją słodko-gorzkich emocji. 


Julia, młoda analityczka z ambasady w Londynie, udaje się do Turcji na konferencję poświęconą międzynarodowym stosunkom gospodarczym. Od Stambułu po Kapadocję, z każdym dniem spędzonym w tym tajemniczym i egzotycznym dla niej kraju służbowy cel podróży zaczyna schodzić na dalszy plan. W centrum zainteresowania dziewczyny pojawia się turecki przewodnik. Przypadkowa znajomość, banalne zauroczenie, przeradzają się w pasję, która pokieruje losami bohaterów w zaskakujący i nieprzewidywalny sposób. Droga do spełnienia okaże się bowiem szczególnie wyboista i kręta.
"Mgła nad Bosforem" to książka, która urzeka kameralną, intymną narracją. To opowieść o ogromnym pragnieniu bliskości i o tym, jak wiele może zależeć od jednego drobnego kroku.


Ktoś czytał już którąś z tych książek. Ja muszę przyznać, że nie znam żadnej z tych Pań nawet z nazwiska. 

Ostatnio rzadko odwiedzam Wasze blogi, ale to niestety z braku czasu. Myślę, że to się niedługo zmieni i będę zaglądać częściej.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Książki zjawiają się i znikają....książkowe wspomnienia Brandstaettera.......







                       "Pewnego dnia wpadła mi do ręki książka Renana Żywot Jezusa. Pożyczyłem ją z biblioteki Towarzystwa Szkoły Ludowej. Mam w oczach jej okładkę z wizerunkiem Chrystusa i przypominam sobie, że cała była w strzępach, rozsypana, brudna, czyli miała wszystkie właściwości książki niestojącej bezużytecznie na półce. Później kupiłem Żywot Jezusa w antykwariacie niezapomnianego Taffeta na Szpitalnej w Krakowie. Zauroczony literackim pięknem tej opowieści, namiętnie się w niej rozczytywałem i przez długie lata była ona jedynym źródłem mojej wiedzy o Chrystusie.
                      Ale są książki, które wyłaniają się nie wiadomo skąd, i nie sposób wyśledzić, jak dostały się do naszych rąk. Pamiętam, jak za czasów dzieciństwa czytałem Lolka grenadiera  Jezierskiego, jak dostałem od moich rodziców powieście Verne'a, Trylogię i Quo Vadis?, z dalszej przeszłości pamiętam chwilę, gdy mi rodzice podarowali na urodziny Co słonko widziało? Konopnickiej. Pamiętam dzieje zjawiania się i znikania wielu, wielu książek, mógłbym jeszcze dzisiaj opisać nastroje, jakie wywoływała we mnie lektura, ale - o ironio! - w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć, jak przyszło do mnie Pismo Święte Nowego Testamentu. Może, chcąc pod wpływem książki Renana zapoznać się u źródeł z życiem Chrystusa, sięgnąłem po Ewangelię? Nie jestem tego  pewien. Nie umiem odbudować w pamięci okoliczności - pokoju, pory dnia, pory roku - w jakich to czytanie się odbywało. Nie widzę egzemplarza, z którego czytałem. Nie mogę nawet przypomnieć sobie jakiejś refleksji, powstałej pod wpływem Księgi, która kilkanaście lat później całkowicie odmieniła moje życie. Dzisiaj z zakłopotaniem zastanawiam się nad nieobecnością tej chwili w moich wspomnieniach i dochodzę do przeświadczenia, że ta pustka jest może owocem nieubłaganej prawidłowości, której sens zrozumiałem dopiero później. W oparach mglistej i nieodczytanej do końca przeszłości gubi się ślad mojego pierwszego spotkania z Nowym Testamentem".



Zupełnie niespodziewanie stałam się właścicielką znakomitego, wydanego przez Wydawnictwo M w ramach Dzieł Zebranych, zbioru refleksji i przemyśleń Romana Brandstaettera jakie zawarł w swym Kręgu biblijnym i franciszkańskim, i z niego właśnie pochodzi przytoczony fragment.
.

niedziela, 28 czerwca 2015

Czereśnie - J. Tuwim w niedzieli z poezją....


              I znów wiersz do moich zdjęć. Tym razem również Julian Tuwim i jego :


 Czereśnie

 
 Rwałem dziś rano czereśnie,
Ciemno-czerwone czereśnie,
W ogrodzie było ćwierkliwie,
Słonecznie, rośnie i wcześnie.



Gałęzie, jak opryskane
Dojrzałą wiśni jagodą,
Zwieszały się omdlewając,

Nad stawu podniebną wodą.

Zwieszały się, omdlewając
I myślą tonęły w stawie,
A plamki słońca migały
Na lśniącej, soczystej trawie." 





Wiersz zaczerpnęłam z bloga Pigwa

sobota, 27 czerwca 2015

Dzierzba we fragmencie "Dracha" Szczepana Twardocha.....

         
     Kończę czytać "Dracha" Szczepana Twardocha i muszę przyznać, że jestem pod dużym wrażeniem  lektury prozy Twrdocha, ale zanim napiszę o książce coś więcej zamieszczam krótki fragment, w którym drach opowiada o dzierzbie, którą udało mi się sfotografować. Mój samczyk jest jeszcze młody 



więc nie odpowiada całkowicie jeszcze tej dzierzbie, którą widzi Nikodem toteż dołączę do fragmentu również zdjęcie dorosłego samczyka.

  


Na tyczce altany siedzi dzierzba i Nikodem przygląda się się dzierzbie. W zeszłym roku też była. Ciekawe, czy ta sama, zastanawia się Nikodem. Dzierzba gąsiorek. Samczyk. Kasztanowy grzbiet i wierzch skrzydeł, szaroniebieska główka z czarną przepaską na oczach, jakby z kostiumu złodzieja z kreskówki. Kremowy brzuch i dziób zakrzywiony jak u dużego drapieżnika, chociaż ptaszek niewiele większy od wróbla.

źródło

         Rok wcześniej, ale oczywiście w tym samym czasie, Nikodem wychodzi przed dom własny architekta nie na papierosa, tylko na spacer. Na spacer bez papierosa. Pokłócili się, Nikodem i żona Nikodema.
         Dwieście metrów od przeszklonego i betonowego domu własnego architekta rośnie tarnina. Dzika śliwa. Tak powiedziała siostra Nikodema, która zna się na roślinach. Że tarnina to dzika śliwa.
         Nikodem zauważa coś między liśćmi. Podchodzi bliżej. Na ciernie tarniny nabite małe zwierzęce ciałka : jaszczurka zwinka, maleńka mysz, więc młode pewnie, ryjówka aksamitna wielkości małej myszy, pozbawiony głowy, duży pasikonik zielony, po łacinie zwany Tettigonia viridissima, i długi kawałek zwykłej dżdżownicy, wszystko martwe. Dzierzbia spiżarnia, czego jeszcze Nikodem nie wie, ale potem pyta o to ojca, który zna się na ptakach, i Stanisław Gemander tłumaczy Nikodemowi, że to dzierzba, i Nikodem już wie.
         W tym samym czasie, tylko rok później, przygląda się dzierzbie na tyczce. Dzierzba przygląda się Nikodemowi.To samczyk ta dzierzba. Nikodem poznaje po upierzeniu. Nikodem to zasadniczo również samczyk.
         Nic nie mówią, Nikodem ani dzierzba.

(................................................................................................)

         W zniszczonym eksplozją Oppau znaleziono ciało czternastoletniej dziewczyny nabite na zaostrzone pręty kutego, żelaznego ogrodzenia, nabite dokładnie tak samo, jak dzierzba nabija na ciernie tarniny ryjówki albo jaszczurki. 


____________________________________________ 

*Szczepan Twardoch,"Drach",W.L.2014 r.,str 280-281
      

niedziela, 21 czerwca 2015

Takie sobie wynurzenia również o książkach.....



             I znów minął mi tydzień w większości bez dostępu do internetu. W zasadzie nawet nie cierpię z tego powodu, ale jak wracam do domu też nie mam czasu na pisanie i odwiedzanie blogów. Może dopiero od drugiej połowy lipca to się zmieni.
Tam gdzie jestem cieszę się otaczającą mnie przyrodą, śpiewem ptaków a gdy mogę czytam lub robię krótkie wypady z aparatem, których efekty i na tym blogu pokazuję poznając sama i prezentując przy okazji naprawdę świetne a nieznane myślę nie tylko mi wiersze i ich twórców.
W ubiegłym tygodniu udało mi się przeczytać tym razem cały "Koniec świata w Breslau" Marka Krajewskiego, w trakcie którego wędrowałam razem z jego bohaterem radcą kryminalnym Mockiem po najstarszej części Wrocławia lat dwudziestych, która okazała się być idealnym miejscem  dla popełnienia przez "kalendarzowego" mordercę ohydnych zbrodni. 


Ten kryminalny thriller dość mnie  wciągnął swą fabułą, w której uczestniczyłam w domowych, poważnych, problemach Mocka z młodszą od siebie o dwadzieścia lat żoną  i próbowałam dociec kto popełniał zbrodnie, które miały udowadniać rychłe nadejście końca świata, jakie przepowiadał pewien rosyjski szarlatan.  O pierwszej części serii, której bohaterem jest nie wzbudzający sympatii, i jak się tym razem okazało brutalny pijak radca kryminalny Mock, który wgryza się w sprawy kryminalne i nie tylko w międzywojennym Breslau pisałam już. O przeczytanej drugiej części być może też napiszę coś więcej, ale nie wiem kiedy, bo jakoś teraz brakło mi i czasu, i weny.

       Ostatnio miałam okazję bywać częściej w Biedronce i przy tej okazji patrzyć na te stosy książek, o których było dość głośno, po 4,99, ale jakoś nic specjalnie nie przyciągnęło mojego wzroku. Zresztą większość wydań jest kiepska więc niezbyt mnie zachęcała. Skusiłam się tylko na "Cień wspomnień " Krystyny Nepomuckiej, 


gdyż ciekawa jestem jej wspomnień i tego co pisze o czasach, w którym przeżyła większość swego życia.

           W nadchodzącym tygodniu zamierzam się zmierzyć z "Drachem" Szczepana Twardocha.

piątek, 19 czerwca 2015

"Rzepakowe lato" A. Waligórskiego w moim piątku z poezją.....



        Po ponownej krótkiej przerwie witam się z wszystkimi, którzy do mnie, mimo tych przerw i braku postów,  zaglądają wierszem Andrzeja Waligórskiego, który jak to zwykle robię dopasowałam do swoich zdjęć....

 Rzepakowe lato






...nie piszesz miły, do mnie z miasta,
Pewnie się tam dopuszczasz zdrady,
A tutaj rzepak już zarasta
Naszych wędrówek wspólnych ślady.
I kury obrabiają trzepak,
Gdzieśmy trzepali kapę z łóżka


I wszystko wokół zarósł rzepak,
A w pewnej mierze i peluszka.
Tatko nazwali cię łajdakiem,
I rzekli, że się tobą brzydzą,
I zarósł cały świat rzepakiem,
Tylko gdzieniegdzie kukurydzą.
Przy naszej ulubionej sośnie,
Kędy igraliśmy przed rokiem,
Też ten koszmarny rzepak rośnie
I już mi on wychodzi bokiem.
Tata coś gada o Dreptaku,
Ze niby swaty, że wesele...
Dreptak ma osiem ha rzepaku,


Chyba się wezmę i zastrzelę...
O miły mój, odezwijże się,
Mówiłeś, że napiszesz sicher,
Tu straszno w rzepakowym lesie,
Wilki grasują, wyje wicher.
I jakaś zmora się wylęga,
I jakaś strzyga w gąszczu chodzi,
I rzepak już do gardła sięga,
Bo latoś wyrósł nam nad podziw.
Może mu pomógł tak saletrzak,

Zastosowany zbyt obficie,
Bo nawet sam agronom Pietrzak
Mówił, że wprost niesamowicie...
Może to taki dziwny rodzaj,
Krzyżowy typ miczurinowski,
Albo zbyt mocno o urodzaj
Pomodlił się ksiądz Rosołowski.
...oto już ściemnia się na dworze,
Już noc zasłania okna krepą,
Pamiętasz? Zwykle o tej porze
Tyś mnie nazywał swoją rzepą...
...wczoraj usnęłam wśród alkowy,
Ty śniłeś mi się, mój ideał,

Oraz słodyszek rzepakowy,
Co zeżarł cały nasz areał.
Zbudziłam się, a wokół ino
Ten rzepak, a w rzepaku tato,
I w całej gminie Portofino
Trwa straszne rzepakowe lato...

 

 


     Ale to oczywiście nie jest słodyszek rzepakowy, tylko bielinek rzepnik.


Pozdrawiam wszystkich ciepło i serdecznie, i życzę udanego, mimo pogorszenia pogody, już prawie letniego weekendu, bo od niedzieli zaczyna się przecież astronomiczne lato.


______________________________

wiersz zaczerpnęłam ze strony




poniedziałek, 15 czerwca 2015

Poniedziałek z poezją - "Maki" - Zdzisław Dębicki.


  
Maki
Chwieją się w polu maki purpurowe

Jakimś marzącym, sennym, dziwnym chwianiem...

(Drżącymi dłońmi złotą tuląc głowę,

Ktoś dziewczę ze snu zbudził całowaniem...)



Chwieją się maki wśród pszenicy złotej,

Pośród srebrnego kołyszą się żyta —

(Usta miłosnej szukają pieszczoty,

Pierś drży, miłosnej pieszczoty niesyta...)

Chwieją się maki... Wiatr rytmiczną falą

Czerwone kwiaty ich z lekka kołysze...

(Szalone usta drugie usta palą,

Upajające w nie sącząc haszysze..)



Chwieją się maki płomienne w rozkwicie,

W słonecznym blasku południa mdlejące...

(O upojenia miłosne! O życie!

O czarodziejskie i wszechmocne słońce!...)





Szukając wiersza do swoich zdjęć natknęłam się na ten piękny wiersz miłosny napisany przez żyjącego w latach 1871-1931 Zdzisława Dębickiego - poety, krytyka, publicysty i pamiętnikarza z okresu Młodej Polski,  syna ziemianina z Wołynia,  Gustawa Dębickiego.

Dedykuję go wszystkim, którzy do mnie zaglądną w tym tygodniu.

niedziela, 14 czerwca 2015

O wyborach, które determinują życie - "Mój smiertelny wróg" Willi Cather.







            Właśnie skończyłam czytać kolejną książkę Wilii Cather wydaną w serii Koliber. Znajdują się w niej trzy opowiadania, których bohaterkami są kobiety. Willa Cather stworzyła w nich świetne psychologiczne portrety kobiet, którym dokonane lub wciąż dokonywane wybory determinują  życie.  To trzy kobiety o barwnych i  interesujących, niebanalnych a zarazem silnych osobowościach, które  łączy umiłowanie sztuki : teatru i opery.  Przy czym bohaterka tytułowego opowiadania, Myra,  związana jest z tym środowiskiem jako miłośniczka tej formy sztuki a bohaterki dwu pozostałych są artystkami - śpiewaczkami.

               Myra, której interesującą historię poznałam dzięki darzącej ją wielką admiracją narratorce, Nellie, kiedyś w młodości zrezygnowała z majątku swego dziadka i dostatniego  życia uciekając z ukochanym Oswaldem. Małżeństwo, jak to zwykle bywa nie do końca spełniło jej oczekiwania chociaż mąż starał się ze wszystkich sił, by mogła prowadzić życie na pewnym poziomie i utrzymywać kontakty towarzyskie oraz bywać w operze i teatrze to jednak dla niej było to za mało. Pod koniec życia, gdy jej śmiertelny wróg - choroba - pozbawia ją coraz bardziej sił,  w rozmowie z  Nellie, która z przykrością przyjmuje fakt, że Myra źle traktuje męża ona stwierdza : " To żałosne, Nellie, kiedy człowiek, żałuje drugiemu nawet dobrych wspomnień, prawda? Tak to wielkie okrucieństwo. Ale ja nic na to nie mogę poradzić. On jest sentymentalny, zawsze taki był; potrafi wspominać nasze najlepsze dni, kiedy byliśmy oboje młodzi i kochaliśmy się, i wmawia sobie, że istotnie tak było. A to nieprawda. Byłam zawsze próżną i chciwą, zaborczą kobietą, zawsze ze wszystkiego niezadowoloną. Niemniej kiedy się jest w wieku, w którym trudno już o kwiaty, niszczyć te, które zostały w sercu mężczyzny to niegodziwość". Kończąc swoją jakby spowiedź przed młodą przyjaciółką Myra  dopowiada " Taka już jestem - ...... - Ludzie mogą być dla siebie jednocześnie kochankami i wrogami.  My tacy byliśmy.. Mężczyzna i kobieta po latach wyzwalają się z uścisku i wtedy widzą, jak się nawzajem poranili. Może nie umiem wybaczyć mu krzywdy, którą mu wyrządziłam. Może to właśnie to. Kiedy są dzieci, uczucie to ulega naturalnym przemianom. Lecz gdy pozostaje takie osobiste ...coś się w człowieku łamie. Z wiekiem tracimy wszystko, nawet zdolność kochania".


        Myra  posiadająca duszę wrażliwą na poezję i muzykę,  czytająca  wiersze Heinego, bywająca w teatrze i operze prowadziła -  dokąd to było możliwe -  otwarty tryb życia i salon, w którym spotykali się artyści. I tu z przyjemnością odnalazłam polski akcent, gdyż Willa Cather wprowadziła na jej salon również  mieszkającą w tym czasie w Ameryce i występującą na scenie teatrów amerykańskich  Helenę Modrzejewską. Tam narratorka opowiadania, Nellie, poznaje ją osobiście i tak to spotkanie wspomina : " Wszystkich biła urodą i dystynkcją już niemłoda, lecz piękna mimo lat - Helena Modrzejewska. Wyglądała na zjawisko z jakiejś innej epoki, innej rasy, nie mniej królewska, niż gdy ją
źródło
widziałam w Chicago w roli Marii Stuart i Katarzyny w Henryku VIII. Pamiętam, jak poproszona o wzniesienie toastu, wyciągnęła długie ramię, uniosła w górę kieliszek i patrząc na migotliwe światło świec rzekła z twarzą poważną : 
                                        - Za mój kraj!
Nie grała owego wieczoru, więc przyszła wcześnie, nieco wcześniej od innych, i przyprowadziła ze sobą młodą Polkę, która owej zimy śpiewała w Metropolitan Opera. Miałam sposobność przyjrzeć się Modrzejewskiej, gdy siedziała rozmawiając z Myrą i Esterą  Sinclair - panna Sinclair grała kiedyś w jej trupie. Zaczęli schodzić się pozostali goście i Myrę odwołano, lecz Modrzejewska pozostała przy kominku, w wysokim krześle, z głową lekko wspartą na dłoni, a śliczna jej twarz tonęła do połowy w cieniu. Jak dobrze pamiętam te długie, piekne rzeźbione ręce, tak pełne ludzkiego wyrazu! Były to niewątpliwie ręce stworzone do spraw doczesnych, lecz wyższego rzędu niż nasze sprawy, do trzymania berła, kościelnego kielicha albo - za przyzwoleniem - miecza".

            Nie tylko ze względu na polski akcent zawarty w fabule tego opowiadania jest ono warte, by zagłębić się w klimat jaki w nim stworzyła Willa Cather, a które sama przeczytałam z dużą przyjemnością.

           Następnym razem będzie cokolwiek o dwu pozostałych kobietach, bohaterkach opowiadań : Złoty pantofelek i Kopalnia diamentów.

I jeszcze mała dygresja. Gdy czytałam opis Heleny Modrzejewskiej pomyślałam, że chyba jednak  nie bez kozery chodziła w swoim czasie w Krakowie plotka, że być może jest ona córką księcia Władysława Sanguszki a co za tym idzie przyrodnią siostrą pięknej Heleny Sanguszkówny, do której była ponoć bardzo podobna. 
Wiedzę o tej plotce zdobyłam czytając " Damę w jedwabnej sukni" napisaną przez Magdalenę Jastrzębską.

piątek, 12 czerwca 2015

Akacje - Julian Tuwim w piątku z poezją....









Akacje

 Białe akacje tchną wonią opiłą
Pod nocą srebrno-modrą,
Jak gdyby innych kwiatów nie było
I wcale być nie mogło.
 Te ciemne liście i białe kwiecie
Szelestnym szemrzą szeptem,
Jak gdybym żadnych głosów na świecie

Nie słyszał nigdy przedtem. 





Tak przez gałęzie lśnią gwiezdne dale
I taki cichy ten wieczór,
Jak gdybym jeszcze nie kochał wcale
I tylko Ciebie przeczuł.


 


Zdjęcia to efekt mojego pobytu w miejscu, gdzie oprócz lip, czarnego bzu królują również  akacje, z którymi w czasach, gdy chodziłam do szkoły kojarzyły mi się wakacje.

Tekst wiersza J.Tuwima pochodzi ze strony

niedziela, 7 czerwca 2015

Również o tym co drzewo morwowe widziało......"Drzewo białej morwy" Willa Cather.


                                     





     Czerwiec przyjdzie mi w większości, gdyż po prawie 5 dni w tygodniu,  spędzić poza domem i w związku z tym przed pierwszym wyjazdem,  w ubiegłą niedzielę,  dokonywałam wyboru książek, które zamierzałam ze sobą zabrać licząc na to, że ponieważ nie będę mieć dostępu do internetu a telewizji oglądać nie zamierzam będę mogła więcej czytać. Okazało się, że jednak z tym czytaniem przy obowiązkach jakie mam łatwo nie jest, ale z zabranych ze sobą a wydanych w serii Koliber książek Willi Cather, na które się zdecydowałam, udało mi się poczytać a w domu po powrocie już skończyć pierwszą z nich, "Drzewo białej morwy".
Jak się okazało w trakcie czytania tej mini powieści był to znakomity wybór. Idealny na tę porę jak i miejsce, w którym przebywam te kilka dni w tygodniu. Willa Cather bowiem, która wczesną młodość a zatem lata 70 i 80-te XIX wieku spędziła na rodzinnej farmie  w płn. Wirginii, co wywarło wielki wpływ na jej psychikę a zarazem silnie odbiło się na jej twórczości,  z wielkim pietyzmem sławi  w niej okres pionierski w Stanach Zjednoczonych, do których ściągali ci, którzy w Europie nie widzieli dla siebie i swych rodzin przyszłości.  Tu czekała ich surowa, trudna do ujarzmienia  ziemia, ale oni jeżeli już nie w pierwszym to następnym pokoleniu przy pomocy zmian w uprawach, jak i pojawiających się nowinek technicznych usprawniających pracę na roli,  potrafili ją doprowadzać do rozkwitu sami osiągając dobrobyt i stabilizację. Tak właśnie dzieje się w przypadku szwedzkiej rodziny osadniczej, której członkowie są bohaterami "Drzewa białej morwy".
            Jak zdążyłam się zorientować po opisach książek, które wybrałam ze swojego zbioru Kolibrów do przeczytania w czerwcu to kobiety są głównie bohaterkami książek Willi Cather. I tak jest również w przypadku "Drzewa białej morwy". Aleksandra, gdy ją poznajemy ma 19 lat i śmiertelnie chorego ojca, który oddaje w jej ręce los farmy na Roztoczu. 
"Przez jedenaście lat długich lat John Bergson zdołał wycisnąć bardzo słabe piętno na dzikich ugorach. Przyjechał, by ujarzmić tę ziemię, lecz pozostała nadal nieposkromiona i tak kapryśna, że człowiek nie wiedział, kiedy mu dokuczy i dlaczego". 
 I taką ziemię przejmuje Aleksandra mając zapewnić utrzymanie z niej sobie oraz  trzem braciom  i matce. Otwarta na nowinki, ale  rozsądnie odważna mimo oporu ze strony starszych braci w czasie gdy inni farmerzy zrezygnowani sprzedają swe gospodarstwa ona  stawia wszystko na jedną kartę i wygrywa. Po 16-tu latach każdy ze starszych jej  braci jest usamodzielniony, najmłodszy Emil studiuje a ona posiada spory majątek i  nadal jest samotna. A jej ukochany szuka szczęścia w świecie.
Niestety życie bywa uderza niespodziewanie i w najbardziej czułe miejsce. I tak jest i tym razem. Dramat czai się skrycie a świadkiem jego zaistnienia będzie  tytułowe drzewo białej morwy. 

Czytanie "Drzewa białej morwy" wzbudzało we mnie wiele emocji  o różnych odcieniach. Cather stworzyła  bowiem w książce barwne i ciekawie zarysowane postaci, które polubiłam co sprawiło, że ich losy nie pozostawały mi obojętne.
Historia  Aleksandry, która poświęciła swoje najlepsze lata dla farmy i rodziny, ale w końcu doczekała się również spełnienie swych osobistych marzeń i dramatycznych jej brata Emila, który zakochał się w pięknej mężatce, Czeszce Marii, na tle osadników innych narodowości takich jak Czesi czy też Francuzi,  i na tle wspaniałej przyrody, jaką niezwykle obrazowo opisuje Cather to lektura warta uwagi. To klasyka, którą warto poznać by poczuć  klimat tamtych lat, klimat bohaterskiego, pełnego szlachetności  trudu, którego uosobieniem jest bohaterka książki, gdy historia tego nowego kraju brała "swój początek w w sercu mężczyzny lub kobiety".



_______________________________________________________

piątek, 5 czerwca 2015

Znalezione w sieci.......



"Obchodna" sprzedaż czy wypożyczalnia ?

                                                A może tylko czytelnia?

Londyn 1930 rok