sobota, 30 listopada 2013

Na zawsze wygnańcy - Fiorella De Maria.

źródło

      Fiorella de Maria, której książkę p.t. "Na zawsze wygnańcy" wybrałam sobie do recenzowania z oferty wydawnictwa Promic, jak się dowiedziałam ze znalezionych informacji w internecie, urodziła się w 1979 roku we Włoszech. Jej rodzicami byli Maltańczycy. Dorastała jednak w południowej Anglii, w Wiltshire. Po ukończeniu szkoły średniej przez rok pracowała a następnie wiele podróżowała po Wielkiej Brytanii, Europie i Bliskim Wschodzie, by wreszcie podjąć i ukończyć studia na prestiżowym Cambridge University na kierunku literatury średniowiecznej i renesansowej. Fiorella mieszka obecnie z mężem i czwórka dzieci w Surrey. "Na zawsze wygnańcy" są jej trzecia książką i pierwszą tłumaczoną na język polski. Czwarta jest w trakcie powstawania.

Wydawnictwo PROMIC - 2013 rok
"Na zawsze wygnańcy" pisarka przenosi nas w XVII wiek. Na wodach otaczających lądy jest niezwykle  niebezpiecznie. Na pływające po nich okręty napadają piraci, którzy nie mają litości dla swych ofiar. Rabują dobytek a ludzi, za których nie ma kto zapłacić okupu sprzedają do niewoli, w której traktowani są na równi ze zwierzętami a może nawet gorzej. Piraci atakują jednak nie tylko na morzu. Ich ofiarami staje się często również ludność nadbrzeżnych osad i miejscowości. Celem  takiego właśnie bestialskiego napadu staje się pewnego razu osada na jednej z wysepek należących do Malty. Wśród osób porwanych znalazła się bohaterka książki, młodziutka dziewczyna,Warda. Warda, jako dziecko zwana Ursulą, odrzucona po śmierci ojca przez matkę i rodzeństwo żyła, włócząc się po okolicy swego zamieszkania,  jak dzikie zwierzątko aż do czasu, gdy spotkał ją na swej drodze, a konkretnie w kościele schowaną za ołtarzem ojciec Antonin. To on nazwał ją Wardą i  zajął się jej wychowaniem, i edukacją. Dzięki niemu nie tylko zmieniło się na lepsze życie dziewczynki, ale posiadła ona również umiejętność czytania i pisania, w tym także po łacinie. A ponieważ okazała się inteligentna i ciekawa otaczającego ją  świata  z przyjemnością przekazywał jej całą posiadaną wiedzę, w tym również medyczną. Gdy Warda dorosła zakonnik pomyślał o jej przyszłości. Mając świadomość, że  z wykształceniem jakie posiadła trudno jej będzie znaleźć odpowiedniego męża zasugerował  jej poświęcenie się Bogu. Warda chociaż  nie myślała o małżeństwie nie mogła się jednak jakoś  zdecydować na ten decydujący o całym jej przyszłym życiu krok, jednak decyzję o dołączeniu do grupy pustelnic w sąsiednim miasteczku przyspieszył fakt iż matka postanowiła ja wydać za mąż za wiele starszego od niej mężczyznę. Zaakceptowana przez biskupa Warda  przybrała nowe imię, Perpetua, i rozpoczęła roczny nowicjat przenosząc się do celi w pustelni. Jako jedyna z pustelnic mogła opuszczać swą celę i  to właśnie przyczyniło się do jej dramatu, jakim stało się porwanie jej przez piratów i sprzedanie muzułmańskiej rodzinie jako niewolnicy. Gdyby bowiem  nie mogła opuszczać celi nie poszłaby  udzielić pomocy położnicy przy porodzie i nie podzieliła by losu mieszkańców osady. Przypadek,  czy  przeznaczenie?  Trudno na to pytanie odpowiedzieć.
       Wardę  poznajemy w momencie, gdy dryfując na desce po wzburzonym  morzu próbuje siłą swej woli utrzymać się przy życiu, wzywając pomocy Stelli Maris, Maryi Panny - Gwiazdy Morza. Gdy całkowicie wyczerpaną, będącą na skraju śmierci,  kobietę znajdują u wybrzeży Devonshire rybacy ta opatrzona w domu, do którego ją zaniesiono,  prosi o spowiednika.
        Niezwykłe, dramatyczne losy Wardy  poznajemy dwutorowo, gdyż Fiorella de Maria zastosowała w książce dwie narracje. Narracja pierwszoosobowa to przede wszystkim spowiedź jaką odbywa bohaterka książki odkrywając przed spowiednikiem nie tylko swe przeżycia i walkę o swe człowieczeństwo w piekle, jakiego doświadczyła, ale również całą swoją duszę pełną  niepokoju związanego z niepewnością czy dostąpi  miłosierdzia Bożego po tym czego się dopuściła, by ratować swoje życie. W narracji trzecioosobowej zawierają się wspomnienia samej Wardy, ale również osób, z którymi zetknęły się jej drogi życia. I z tych wspomnień dowiadujemy się o tym, że miała niezwykle silną  osobowość, która pozwalała jej znosić najgorsze tortury, byle tylko nie poddać się bez walki, ale i o tym,  że kochała życie i wiernie trwała przy swej wierze, mimo iż znalazła się w miejscu gdzie kobiety, które nie poddawały się woli swego pana  hańbiono i bito za wszystko. Te dwie narracje przeplatają się w książce, by w  zajmujący a nawet mogę śmiało napisać fascynujący  sposób  opowiedzieć nam niesamowitą historię z czasów, w których toczyła się zażarta walka pomiędzy  chrześcijaństwem a islamem, ale także i w ramach chrześcijaństwa nie było pokoju  i w części krajów Europy Zachodniej dochodziło do prześladowań katolików zwanymi papistami. I to właśnie katolicy padali ofiarą berberyjskich piratów. Historię młodej kobiety, nietuzinkowej, niepokornej,   zahartowanej przez dole i niedole losu, i przez ten los skrzywdzonej na wielu płaszczyznach życia a mimo to nie tracącej swej wiary i walczącej o swą godność do końca, historię, która porusza swym realizmem czytelnika do głębi i na długo pozostaje w pamięci.
       Fiorella de Maria  opowiada nam o losach swej bohaterki na tle znakomicie i niezwykle starannie  zarysowanej przez siebie epoki w taki sposób, że w trakcie czytania książki zapomina się, że są one fikcją. Fabuła książki "Na zawsze wygnańcy" wciąga i pobudza do refleksji nad nieprzewidywalnością losu ludzkiego. I to tym bardziej, że i w naszym stuleciu proceder porywania ludzi i sprzedawania ich oraz niewolenia nie jest nam niestety obcy. Chociaż nie robią tego już piraci.


Za książkę, która została bardzo starannie i estetycznie  wydana w serii Okna przez wydawnictwo PROMIC dziękuje Pani Oli z wydawnictwa.


Chętnie sięgnęłabym po kolejne książki Fiorelli de Maria, gdyby PROMIC je wydał.

środa, 27 listopada 2013

Kolejna odsłona bibliotecznego bałaganu i wynurzenia na temat dezyzji w sprawie wyzwań czytelniczych, w których biorę udział..







     Pierwszy atak zimy trwa. Wokół nas świat delikatnie pobielony i ziąb. Rano słoneczko błysło za oknem, ale tylko na moment, a już się wydawało, że pozostanie i rozjaśni ponurość dnia. A jednak w trakcie, gdy piszę ten post  stara się przez chmury przebić więc wygląda na to, że będą jednak momenty słoneczne. Dobre i to, gdyż od razu robi sie raźniej na duszy.
     Czas jesienno zimowy niestety sprawia, że rytm mojego  dnia wyraźnie się zmienia, gdyż  mrok, który ogarnia niezwykle wcześnie świat wytrąca mnie  z tego rytmu. Szybciej staję się śpiąca i dłużej śpię, a chociaż mogę sobie na to pozwolić, no bo przecież jestem na emeryturze to jednak nie lubię tego zwolnienia tempa życia, gdyż ogranicza mnie w czasie. I to już się odbiło na listopadowym czytelnictwie co sprawiło, że założonego planu niestety nie uda mi się zrealizować.
     Ostatnio dość sporo myślałam na temat rezygnacji z udziału w wyzwaniach czytelniczych. I doszłam do wniosku, że jednak muszę z części z nich zrezygnować, gdyż  przy moim tempie czytania i pisania postów staranie się brania w nich udziału nie ma sensu a poza tym stwierdziłam, że wolę czytać według własnego doboru lektur. A zatem mogę pozostać tylko przy tych wyzwaniach, które nie stawiają wymogu terminu.
Z bólem serca, ale jednak rezygnuję z wyzwania, w którym brałam udział najdłużej, a mianowicie w wyzwaniu sardegny - Trójka epik. Dziękuję sardegnie za dostarczanie mi przez chyba półtora roku comiesięcznych emocji w doborze książek do jej wyzwania.
W zakładce Wyzwania czytelnicze   wymienione są wyzwania, w których na razie udział postanowiłam kontynuować, gdyż nie mają ograniczeń czasowych. Zastanawiam się jeszcze nad wyzwaniem Polacy nie gęsi... , ale na razie trwam. W dalszym ciągu współtworzyć będę blogi wymienione w zakładce Współtworzę blogi .

To tyle na temat rekonstrukcji wyzwaniowych, a teraz  kolejna odsłona mojego bałaganu bibliotecznego.
Pierwsza była tu.


zdjęcie robione jest komórką i dlatego nie najlepszej jest jakości



Na regaliku, który ma chyba ze 40 lat, a teraz jest zagrożony pod ciężarem książek, które na nim czasowo umieściłam, znajdują  się głównie książki zdobyte w tym roku. Jest to misz masz tematyczny, ale dopiero myślę nad tym jak posegreguję książki wykorzystując na razie te zasoby regałów, które posiadam.

wtorek, 26 listopada 2013

Autor "Szwów" - Wacław Holewiński - nagrodzony.



        Jak przeczytałam w najnowszym "Gościu Niedzielnym" Wacław Holewiński, którego książkę p.t "Szwy" nie dawno czytałam, i o której pisałam tu, został tegorocznym laureatem Nagrody Literackiej im. Józefa Mackiewicza. W zasadzie dowiedziałam się już o tym wcześniej dzięki Bogusi z bloga Dom z papieru, która się tą informacją ze mną podzieliła, ale dopiero przeczytana notka w przywołanym  tygodniku zainspirowała mnie do napisania tego posta.

       W związku z tym, że sama muszę ze wstydem przyznać,  iż nie wiem nic na temat tej Nagrody Literackiej  postaram się ją przybliżyć również  tym, którzy  podobnie jak i ja nie bardzo wiedzą o co chodzi. Pomocna mi się tu okazała Wikipedia, za którą powtórzę :


"Nagroda Literacka im. Józefa Mackiewicza – polska nagroda literacka przyznawana od 2002 roku. Została ufundowana w celu upamiętnienia postaci i dzieła Józefa Mackiewicza, pisarza i działacza politycznego.
Fundatorami Nagrody są przedsiębiorcy Jan Michał Małek i Zbigniew Zarywski. Nagroda przyznawana jest corocznie, a ogłoszenie wyników i uroczystość wręczenia laurów odbywa się 11 listopada. Nagrodę przyznaje kapituła pod przewodnictwem Marka Nowakowskiego.
Obecnie w skład kapituły wchodzą: Jan Michał Małek, Stanisław Michalkiewicz (sekretarz), Włodzimierz Odojewski, Jacek Trznadel, Zbigniew Zarywski, Rafał A. Ziemkiewicz, Tomasz Burek, Marek Nowakowski (przewodniczący), Elżbieta Morawiec (od lata 2005), Maciej Urbanowski (od sierpnia 2006), Halina Mackiewicz (od sierpnia 2006), Jacek Bartyzel (od jesieni 2007).
W pracach kapituły brali udział również: Ryszard Legutko (do lata 2005), Kazimierz Orłoś (do czerwca 2006), Andrzej Nowak (do maja 2007).
Kapituła rozpatruje każdorazowo, jako kandydatury Nagrody, utwory literackie (powieści, eseje, poezję) i publicystyczne (w tym polityczne) oraz naukowe rozprawy historyczne i krytycznoliterackie, napisane w języku polskim przez autorów żyjących, wydane w formie książkowej w poprzednim roku i zgłoszone przez wydawców do konkursu.
Latem ogłaszane są nominacje do Nagrody, zwykle obejmujące około 10 książek. Spośród ich autorów wyłaniany jest następnie laureat Nagrody, który otrzymuje 10 tys. dolarów i złoty medal z portretem patrona Nagrody oraz jego literackim credo: "Jedynie prawda jest ciekawa", oraz dwóch wyróżnionych, którym Kapituła przyznaje po 1 tys. dolarów. Ponadto zarówno laureat, jak i wyróżnieni, otrzymują statuetki z brązu z popiersiem patrona Nagrody."

Jak podaje dalej Wikipedia nagrody te otrzymali :

w 2002 roku : Ewa i Władysław Siemaszkowie za "Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945",

w 2003 roku : Marek Jan Chodakiewicz  za "Ejszyszki. Kulisy zajść w Ejszyszkach, epilog stosunków polsko-żydowskich na Kresach , 1944-45",

w 2004 roku : Wojciech Albiński za "Kalahari",

w 2005 roku : Eustachy Rylski za "Człowiek w cieniu",

w 2006 roku : Janusz Krasiński za "Przed Agonią",

w 2007 roku :  Tadeusz Isakowicz Zalewski za "Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej",

w 2008 roku : Jarosław marek Rymkiewicz za "Wieszanie",

w 2009 roku : Bronisław Wildstein za "Dolinę nicości",

w 2010 roku : Paweł Zyzak za za "Lech Wałęsa - idea i historia. Biografia polityczna legendarnego przywódcy "Solidarności" do 1988 roku",

w 2011 roku : Wojciech Wencel za Zbiór poezji "De profundis",

w 2012 roku : Tomasz Merta za "Nieodzowność konserwatyzmu".


Tegoroczny laureat

Wacław Holewiński


 otrzymał tę nagrodę za książkę "Opowiem ci o wolności", która opowiada o obcych sobie dwu Polkach, Marii Nachtman i Walentynie Stempkowskiej,  które spotkał podobny los. Obie wstąpiły podczas okupacji do walczącego podziemia, Narodowych Sił Zbrojnych. Podjąwszy się niebezpiecznej misji narażały codziennie swoje życie, aż w końcu jedna z nich trafiła do obozu w Ravensbruck a druga do katowni UB. Po powrocie trafiły wspólnie do ciężkiego więzienia dla wrogów władzy ludowej.
Z artykułu Łukasza Rygało zamieszczonego na stronie Życie.pl wynika iż Holewiński napisał o historii Marii Nahtman, gdyż po napisaniu "Lamentu nad Babilonem" - pierwszej w Polsce książki o Żołnierzach Wyklętych - zwrócono się do niego o napisanie scenariusza o niej do cyklu filmowego, jaki planowano nakręcić. Cykl nigdy nie powstał, ale ponieważ szkoda mu było tej historii postanowił napisać książkę.

I tak książka przyniosła mu laur w postaci nagrody, jedynej nagrody w Polsce, na której, jak sam twierdzi,  mu zależy.
Książki jeszcze nie czytałam, ale sporo pozytywnych o niej recenzji tak.


sobota, 23 listopada 2013

Z "Listów do córki" - F.S. Fitzgeralda.


      Listopad już prawie na finiszu a ja nie mogę się pochwalić sukcesami czytelniczymi. Jakoś nie idzie mi czytanie w tym miesiącu,  z różnych względów. Przeczytałam, jak na razie, całe dwie książki, jedną skończyłam a dwie staram się czytać. Opinie też udało mi się napisać tylko dwie i otworzyć post do trzeciej.
    Ciężko mi jakoś się myśli i w związku z tym nie stać mnie na długie posty więc dzisiaj dzielę się tylko  małą ciekawostką ukazująca jakie zdanie miał Francis Scott Fitzgerald o "Przeminęło z wiatrem" Margaret Mitchell.

     W mojej biblioteczce już od wielu lat czeka na swoją kolej książka F.S. Fitzgeralda p.t. "Listy do córki".
Chcąc napisać coś interesującego sięgnęłam właśnie do niej. Najwyższa pora, by ją przeczytać, gdyż listy,  pisane od sierpnia 1933 do grudnia 1940 roku, czyli do śmierci pisarza, do ukochanej córki Scottie,  są kopalnią wiedzy o jego życiu, poglądach i opiniach na różne tematy, w tym o przeczytanych książkach, z którymi dzielił się z córką.




W jednym z listów, którego część przytaczam na  poniższym  zdjęciu Fitzgerald  dzieli się między innymi ze swą córką krótką  opinią na temat "Przeminęło z wiatrem" .



W przypisach pod pozycją 14 możemy się dowiedzieć, że F.S.Fitzgerald pracował nad dialogami do "Przeminęło z wiatrem".

czwartek, 21 listopada 2013

Pierwsza odsłona mojego bibliotecznego bałaganu.





Opinię do przeczytanej książki już zaczęłam pisać, tym razem będzie to opinia do "Na zawsze wygnańcy" Fiorelli De Maria.
A dzisiaj zainspirowana  postem blogerki molesław pomyślałam, że podzielę się pierwszą odsłoną mojego bibliotecznego bałaganu. Pokazany regał za wyjątkiem ostatniej  półki zawiera w przeważającej liczbie książki, które w różny sposób powiększyły mój biblioteczny zbiór od stycznia ubiegłego roku. Nie są to wszystkie nabyte w tym czasie książki, pozostałe są jeszcze w dwu innych miejscach, które pokażę w następnej odsłonie.





Główny regał, który pokażę następnym razem zawiera zbiór książek zbieranych przez lata. Jest jeszcze regał z książkami młodzieżowymi, ale nie tylko, regalik z nabytkami bieżącymi i jeszcze, jeszcze  ........ .

wtorek, 19 listopada 2013

Siostry krzyżowe - Aleksy Riemizow.




       Książkę, o której tym razem piszę przeczytałam już kilka miesięcy temu. A jest to arcyciekawa, zarówno pod względem tematyki jak i stylu jakim została napisana,  powieść Aleksego Riemizowa pod intrygującym tytułem  "Siostry krzyżowe". Jak sądzę pisarz nie jest znany a ja też zetknęłam się z nim przypadkowo w trakcie przeglądania jakiegoś antykwariatu na allegro. To właśnie  tytuł książki mnie zaciekawił.

      Kim był Riemizow?
 Z dość obszernego posłowia wynika, że Aleksy Riemizow  urodzony w 1877 roku w Moskwie, w rodzinie kupieckiej, który studiował  na wydziale fizyczno-matematycznym uniwersytetu  moskiewskiego,  uważany jest za jednego z największych prozaików rosyjskich XX wieku. Życie miał trudne bowiem jego pół  spędził na emigracji, gdyż jak w 1921 roku opuścił Rosję to mimo przyjęcia w 1948 roku obywatelstwa radzieckiego już nigdy do kraju nie wrócił. Wpierw mieszkał w Berlinie skąd w 1923 roku przeniósł się do Paryża, gdzie zmarł w 1957 roku. Na powrót do kraju nie pozwolił mu zły stan zdrowia, do którego przyczyniły się lata paryskiego ubóstwa oraz osamotnienie, gdyż w 1943 roku zmarły jego żona i córka. Miał tu jednak również znaczenie fakt, że Riemizow był płodnym pisarzem, a w ZSRR nie miał perspektyw wydawniczych. To w czasie emigracji stworzył przeważająca większość swej prozy. Wydał w tych latach aż 45 książek, wśród których znalazły się  najbardziej dojrzałe, ale i najśmielsze artystycznie dzieła. Riemizow był twórcą wszechstronnie utalentowanym. Pisarz, ale i niepospolity rysownik, którego cenił sam Picasso występował również jako aktor i śpiewak. Jego pisarstwo ukształtowało się pod wyraźnym wpływem Gogola, Dostojewskiego i Leskowa. Wśród 80 książek, które napisał występują  : powieści, eseje, stylizowane latopisy, legendy i apokryfy.
    Jak można przeczytać w obszernym posłowiu zawartym na końcu książki "Siostry krzyżowe", pierwsza wydana w polskim przekładzie książka Aleksego Riemizowa,  są  jednym z  czołowych utworów pierwszego okresu jego działalności . Riemizow zesłany za udział w demonstracji studenckiej w w 1896 roku na dwa lata w głąb Imperium Rosyjskiego poznał doskonale ludzi i ich życie oraz stosunki tam panujące, w prowincjonalnych mieścinach. Ta wiedza okazała się dla jego twórczości bezcenna . Riemizow należący do grupy symbolistów wyróżniał się  z inteligenckiego  kręgu symbolistów  właśnie swym doświadczeniem konkretnego życia, znajomością kraju, nizin społecznych, obyciem z folklorem wiejskim i miejskim. A cała jego twórczość nacechowana była fascynacją folklorem i literaturą średniowieczną.  To wszystko zawarł również w swych "Siostrach krzyżowych", które są bardziej przypowieścią niż powieścią, przypowieścią "odwołującą się  do mitu ewangelicznego - misterium śmierci i zmartwychwstania, krzyżowej męki ludzkiego życia".
     Akcja książki dzieje się w w 1905 roku  w Petersburgu, w czasie przed Wielkanocnym. Głównym bohaterem książki jest Marakulin, Piotr Aleksiejewicz, który po pięciu latach pracy mimo swej dokładności z jaką ją  wykonywał, zamiast spodziewanej premii przed Wielkanocą, zostaje nagle po kontroli z niej zwolniony, z dnia na dzień. Marakulin popada w w związku z tym w tarapaty finansowe stając się bezdomnym a na dodatek cierpi psychicznie z powodu niesprawiedliwości,  jaka uważa go spotkała. W końcu wynajmuje mieszkanie w kamienicy Burkowa i tam na jego drodze staje siedem różnych kobiet, z których każda naznaczona własnym losem dźwiga krzyż odrębnego cierpienia.
     Skąd tytuł książki?
 I tu muszę znów powołać się na posłowie, z którego dowiedziałam się, że miano "sióstr krzyżowych" nosiły w dawnej ruszczyźnie kobiety, które zamieniając się chrzestnymi krzyżami noszonymi na piersi- krzyżami nadawanym na chrzcie świętym - wstępowały w duchowe pokrewieństwo. Było jednak również drugie znaczenie dla tego wyrażenia , które mówiło, że to siedem boleści Panny Marii stojącej pod krzyżem, inaczej siedem mieczów w sercu Matki Boskiej. "Siostrami krzyżowymi" w powieści Riemizowa są więc te kobiety, z którymi obcując, Marakulin,  z czasem przejmuje na siebie ich cierpienia.

   "Siostry krzyżowe" to mroczna przypowieść z elementami groteski o ludzkiej nędzy i cierpieniu. Książka, w fabule której ogromną rolę odgrywa krzyż jako symbol cierpienia ale i zmartwychwstania, a wróżby i sny determinują życie głównego bohatera. Pisane nowatorskim, specyficznym  stylem w odbiorze nie są najłatwiejsze, ale mimo to  warte są przeczytania, gdyż fabuła ich jest intrygująca a po za tym poznajemy w niej Petersburg z początków XX wieku wraz z jego warstwami społecznymi wywodzącymi się z różnych nie tylko środowisk, ale i części Rosji.

Książkę bierze udział w wyzwaniach : Czytamy serie wydawnicze...., Rosyjsko mi..

poniedziałek, 18 listopada 2013

Premiery książkowe tygodnia w ZYSK i S-KA Wydawnictwo.

  

        Nowy tydzień zaczynam wieściami wydawniczymi z ZYSK i S-KA Wydawnictwo i prezentuje pięć nowości książkowych.

Książęta highwayu
Marcin Baraniecki
Opis :Kowbojskie buty, błyszczący chrom zderzaków ich olbrzymich ciężarówek... Wolni i uśmiechnięci. Prawdziwa arystokracja zawodu. To są właśnie książęta highwayu!
Grupa młodych Polaków postanawia wyemigrować. Niewielki bagaż i ogromna determinacja to wszystko, z czym wyruszyli do Kanady. Chcą zostać zawodowymi kierowcami wielkich ciężarówek! Kanadyjskimi truckerami!
Na bezkresnych szlakach północy każdy dzień to nieustająca przygoda. Wszystko jest inne, nowe, dziwne i groźne. Groźne aż do utraty tchu, aż do łez, potu, włosów zjeżonych na głowie, a nawet śmierci. W tym nieprzyjaznym świecie wraca do nich przeszłość - ta bliska i ta zamierzchła, od której opędzają się i starają zapomnieć, lecz ona wraca z uporem nocnej majaki. Nieujarzmiona północna Kanada, smutki i radości, bezcenne więzi przyjaźni, miłość i zdrada, diabeł z Labradoru, przeraźliwe zimno dalekiej drogi, wielkie pieniądze i jeszcze większe dramaty.
To wszystko w doskonałej, opartej na prawdziwych wydarzeniach, powieści Marcina Baranieckiego!
Żywa, galopująca, barwna, prawdziwa!


 Gawędy o Warszawie
Franciszek Galiński
Opis:Stolica państwa, nie mówimy tutaj specjalnie tylko o Warszawie, ale stolica każdego państwa jest jego sercem, mózgiem i przede wszystkim obliczem. Odzwierciedla ona wszystkie wzruszenia, wszystkie wstrząsy, jakie przeszły
przez dzieje narodu. Jak na twarzy człowieka, pooranej zmarszczkami i bruzdami, poznać można jego przeżycia, jego bóle i radości, zwłaszcza przeżyte cierpienia, tak i powierzchowność miasta, dla umiejącego w nim czytać jak
w twarzy, jest odzwierciedleniem jego dziejów.
Tak Franciszek Galiński zaczyna swoją opowieść o Warszawie, wydaną po raz pierwszy w 1937 roku, wznawianą dwukrotnie przed wojną, rekomendowaną m.in. przez Juliana Tuwima i znakomicie przyjętą przez ówczesną krytykę.
Gawędy o Warszawie to książka niezwykła, okraszona anegdotami, opowieściami o obyczajach dawnych
mieszkańców stolicy, ich świętach, zabawach, wycieczkach na przedmieścia i życiu codziennym, o kawiarniach, jarmarkach, balach, procesjach i pochówkach. W tym zbiorze kilkudziesięciu zajmujących szkiców Galiński odmalował wygląd warszawskich ulic, ogrodów i placów, opowiedział historię mostów, linii tramwajowych i kolejowych, reprezentacyjnych gmachów i świątyń, pałaców, pomników i cmentarzy. Sięgnął do faktów i legend, dokumentując przemiany w tkance miasta. Wspomnienia te, dzięki dynamicznej narracji i lekkiemu pióru autora, przemawiają do nas niczym żywe świadectwo minionej epoki, pokazując jej blaski i cienie.


Aforyzmy i mądrości Tyriona Lannistera
George R.R. Martin
Opis:„Moją bronią jest mój umysł. Brat ma swój miecz, król Robert ma młot, a ja mam umysł… umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuj kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować ostrość”.
Krótki i rzeczowy. Taki jest Tyrion. Oto najlepsze, najzabawniejsze, najbardziej nieprzyzwoite i najmądrzejsze powiedzonka miniaturowego Machiavellego - karła o mózgu wielkości całej planety i sercu ze zmatowiałego złota.
Aforyzmy i dowcipy Tyriona Lannistera to najlepszy prezent dla fanów Pieśni lodu i ognia George’a R.R. Martina oraz serialu Gra o tron: zbiór przewrotnych powiedzeń niezrównanego Krasnala z Casterly Rock, z ilustracjami,
których autorem jest Jonty Clark!

 Pewnego dnia, w grudniu
 Martyna Ochnik

 Zapada grudniowy wieczór. Na biurku wydawcy leży maszynopis powieści. Upływają godziny, rośnie stos przeczytanych kartek. Zanurzając się w opowiadaną historię, podążamy tropem dziewczyny, która zapragnęła nadać swojemu życiu szczególne znaczenie…
Barbara, dziennikarka, spotyka dawno niewidzianą znajomą. Zaintrygowana jej opowieścią, postanawia na własną rękę poszukać wyjaśnienia dziwnych zdarzeń. Spotkania i rozmowy ze świadkami opisywanych wypadków zaczynają tworzyć powieść - historię prywatnego śledztwa, które nieoczekiwanie skłania Barbarę do rozliczenia się
z własną przeszłością. Podsłuchujemy więc nocną rozmowę, uczestniczymy w seansie spirytystycznym,
obserwujemy zjawiska racjonalnie niewytłumaczalne, zaglądamy do domów, serc i umysłów bohaterów powieści.
Czy wszystko jest tym, czym się wydaje? Jaką rolę w życiu człowieka odgrywa przypadek? - rozważając te
problemy, Martyna Ochnik stawia pytanie o naszą odpowiedzialność - za siebie i za innych. W pogoni za wciąż umykającą odpowiedzią, za światłem, które zdaje się to rozbłyskać, to przygasać w ciemności - odsłaniamy kolejne warstwy tajemnicy. Zstępujemy w mrok…

Jedna przegrana bitwa
Marcin Wolski
 Jak wyglądałby świat, gdyby Polacy nie powstrzymali bolszewików?
Jest 1968 rok. Warszawa jest stolicą Polskiej Socjalistycznej Republiki, wchodzącej w skład Eurosocu – Europejskiego Związku Socjalistycznych Republik. Cała Europa jest podbita przez komunistów.
W takim właśnie świecie żyje Marcin Wolak, student na Uniwersytecie im. Feliksa Dzierżyńskiego w Warszawie.
Pochodzący z uprzywilejowanej rodziny, szczerze wierzy w idee komunizmu. Jego poglądy zmieniają się jednak diametralnie, gdy otrzymuje zapiski prowadzone przez swego ojca – człowieka, którego nigdy bliżej nie poznał. Młody Marcin przekonuje się, że cały światowy porządek ma źródło w jednym zdarzeniu – bitwie, którą bolszewicy
wygrali nad Wisłą w 1920 roku. Dalsza historia XX wieku to triumfalny pochód komunizmu – rewolucja zalewa stary kontynent. Marcin poznaje obraz świata odmienny od kłamstw oficjalnej propagandy, co jednak uczyni z tą wiedzą?

 Smak wojny
Witold Gadowski
 Smak wojny Witolda Gadowskiego opowiada historię znanego już z Wieży komunistów krnąbrnego i niezależnego dziennikarza Andrzeja Brennera, który zaplątuje się w ciemny interes, ląduje na Bałkanach i tam wpada w wir wydarzeń, których nie jest w stanie zrozumieć. Przeżywa również swoją bałkańską odyseję, która nie oszczędzi mu ani bólu, ani szczęścia, ani doświadczenia kruchości świata, który zna. Brenner kocha, boi się, walczy i płacze. Czy jednak odnajdzie samego siebie?
Smak wojny to rzadko spotykana wśród powieści współczesnych autorów odważna proza męska.

Moim zdaniem  każda z dzisiaj prezentowanych przeze mnie nowości jest interesująca.
A Wy co o nich sądzicie?

niedziela, 17 listopada 2013

Znalezione w internecie : Krzysztof "Keanu Reeves Bosak" miażdży Monikę Olejnik.



        Dzisiaj o tym  jak młody, wykształcony i wyposażony w wiedzę nie daje się osobom  udającym, że posiedli całą wiedzę świata.



Życzę nie tylko dobrej zabawy.

piątek, 15 listopada 2013

Piątek z poezją - Julian Tuwim - Chrystusie .




           Któregoś dnia Brandstaetter spotkał  na ulicy w Warszawie Tuwima i ten zaprosił go do restauracji. Brandstaetter tak opisał później  to spotkanie: „Tuwim zamawia dwie wódki. »A zagrycha?« – pytam. »Tylko niemowlęta piją wódkę z zagrychą” – odpowiada Tuwim. Pijemy. „Co słychać u Pana Boga?” – pyta. „Nie wiem, panie Julianie«. – »Czy Chrystus istniał?« – »Istnieje«. – »A gdyby udowodniono, że nie istniał?« – »To niemożliwe« – odpowiadam. »Dlaczego?« – pyta Tuwim. »Bo Chrystus musi istnieć«. Milczenie. Tuwim powtarza: »Musi istnieć?«... Woła: »Proszę jeszcze dwie wódki!«. I znów powtarza: »Musi istnieć... Musi...«. Podnosi kieliszek. »No, to pijemy na chwałę Wieczności!«. Zrobiło się późno, Brandstaetter odprowadził Tuwima do taksówki: »Żegnamy się. Siada. Zatrzaskuje drzwiczki, ale natychmiast je otwiera, wychyla się z samochodu, wpatruje się we mnie życzliwym i zarazem zakłopotanym wzrokiem i mówi: »Wie pan, pan ma rację... To musi istnieć jest bardzo mądre...«. Uśmiecham się i przyjaźnie macham do niego ręką”./ zaczerpnięte z artykułu "Jeszcze do Ciebie powrócę" Teresy Tyszkiewicz - Miłujcie sie /

Być może to spotkanie dwu poetów wywodzących się z Judaizmu, z których jeden przyjął chrzest a drugi nie, chociaż jak widać miał wątpliwości, stała się inspiracją do napisania przez Tuwima tej pięknej pieśni, którą tak lubiłam śpiewać nie uświadamiając sobie nawet kto był jej twórcą.


Chrystusie

Jeszcze się kiedyś  rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę,
Chrystusie...

Jeszcze tak strasznie zapłaczę,
Że przez łzy Cię zobaczę,
Chrystusie...

I z taką wielką żałobą
Będę się żalił przed Tobą,
Chrystusie...

Że duch mój przed Tobą klęknie
I wtedy serce mi pęknie,
Chrystusie...


 

"Nie minęła godzina, gdy zadzwonił telefon w pokoju hotelowym Brandstaettera. Tuwim nie żyje... Anewryzm serca. Nie powinien był wychodzić podczas takiej pogody. I nie należało pić. Ale stało się... Brandstaetter narzucił płaszcz i pobiegł do pensjonatu „Halama”, gdzie śmierć nastąpiła. Wszedł do pokoju, gdzie leżał zmarły: „Bezkrwista, orla twarz o ostrych, ale już spokojnych rysach, pogodzonych z inną rzeczywistością, zlewała się łagodnie z bielą poduszki”. Gdy wychodził, natknął się na kierownika zakładu pogrzebowego, który ucieszył się, widząc Brandstaettera: – „Pan znał Tuwima?... Nie mam kogo spytać. Jakiego wyznania był Tuwim? Mam trumnę tylko z krzyżem i Chrystusem. Nie wiem, czy mam zostawić Chrystusa, czy Go zdjąć”.  „Też nie wiem” – odpowiedział Brandstaetter.
Nieco później Brandstaetter stał przy wejściu do pensjonatu w grupie pisarzy omawiających szczegóły pogrzebu i ich udziału w uroczystościach żałobnych. Miały się odbyć w Warszawie; teraz oczekiwano tylko przewiezienia trumny z Zakopanego do stolicy. W pewnym momencie usłyszano powolne, ciężkie kroki i zmieszane głosy; pracownicy zakładu pogrzebowego znosili trumnę ze zwłokami poety. „Rozstąpiliśmy się” – relacjonuje Brandstaetter. „Była świerkowa, jasnego koloru. Gdy nas mijała, spostrzegłem na jej wieku dwie skrzyżowane, wyblakłe, lecz wyraźne smugi pozostałe po usuniętym krzyżu z przybitym doń Chrystusem”.
W znaku tej jaśniejszej smugi Chrystus pozostał. Chciał towarzyszyć w ostatniej ziemskiej drodze temu, który wiele lat wcześniej tak dramatycznie Go wzywał w swoim wierszu. A żyjącym, którzy umieli ten znak odczytać, dać wiarę, że żaden krzyk ludzkiego serca nie zostaje bez Jego odpowiedzi.
Brandstaetterowi przypomniało się pytanie Tuwima o Chrystusa, zadane w warszawskiej restauracji. „Musi istnieć... Pan ma rację... To musi istnieć jest bardzo mądre...”. Istnieje. Tuwim się już przekonał. Brandstaetter wracał do domu spokojny o to"./ zaczerpnięte z artykułu "Jeszcze do Ciebie powrócę" Teresy Tyszkiewicz - Miłujcie sie /

środa, 13 listopada 2013

Listopadowe nowości w mojej biblioteczce.



         Tak mi daje w kość publikowanie postów, że się aż odniechciewa pisania. Tracę masę czasu, by wreszcie zobaczyć opublikowany post w blogrrolach i to zniechęca ogromnie. Czy Wy też tak macie?

         Zaczęłam pisać kolejną opinię do przeczytanej kilka miesięcy temu książki Aleksego Riemizowa "Siostry krzyżowe". Tym razem od siebie dodam niewiele, a raczej napiszę o autorze i dam cytaty z obszernego posłowia zamieszczonego na końcu książki, gdyż powieść a raczej przypowieść chociaż niezwykle intrygująca i warta przeczytania to napisana jest takim stylem, którego nie pokusiłabym się nawet sama opisać. Ale to może jutro, może pojutrze się ukaże, a dzisiaj zaprezentuję tylko nowe książki w mojej bibliotece





dolne są recenzyjne, a "Miłość" Toni Morrison , której jeszcze nie znam chociaż to Noblistka zdobyłam na Finta.pl





Na koniec pochwalę się zakładeczką, która córa przywiozła mi już chwilę temu z Irlandii.

Inne zakładki, jakie mam muszę dopiero wyzbierać z różnych miejsc, gdyż moje bałaganiarstwo jest niestety niesamowite i wtedy je może też pokażę.




A witając nowe osoby obserwujące życzę wszystkim odwiedzającym mnie, mimo szkaradnej pogody, dobrego dnia.
   

poniedziałek, 11 listopada 2013

Wyzwalanie Małopolski w 1918 roku.

          Dzisiaj,  jak co roku,  obchodzimy przywrócone w 1989 roku Narodowe Święto Niepodległości, które upamiętnia odzyskanie przez Polskę w 1918 niezależnego bytu po 123 latach niewoli, w jakiej znalazła się po rozbiorach dokonanych przez Niemców, Austrię i Rosję.

        Odzyskiwanie niepodległości przez naszą ojczyznę było procesem stopniowym a  wybór dnia 11 listopada za Dzień Wyzwolenia był nieprzypadkowy,  lecz  uzasadniony  zbiegnięciem się wydarzeń w Polsce z końcem I wojny światowej na świecie, gdyż w tym dniu  miała miejsce kapitulacja Niemiec na froncie zachodnim.

     Wyzwalanie  ziem polskich zaczęło się już w końcu października 1918 roku od Małopolski czyli od krainy, w której z dziada pradziada mieszkała moja rodzina,  i mieszkam i ja. Historia była kiedyś w szkole moim ulubionym przedmiotem, ale muszę tu wyznać, że owszem pałałam uczuciem do historii, ale starożytnej i nowożytnej. Toteż owszem znam przyczyny i daty graniczne I wojny światowej i przyjmuję 11 listopada za dzień odzyskania niepodległości przez Polskę, ale nie miałam pojęcia jak to odzyskiwanie niepodległości się odbywało aż gdzieś przeczytałam czy usłyszałam, że najwcześniej wyzwolił się spod władzy zaborcy Tarnów. Tarnów, w którym urodziła się moja mama a i ja mieszkałam w nim  i pracowałam przez 8 lat.Zresztą był przez szereg lat stolicą województwa, do którego należeliśmy. Zdobyta informacja zainspirowała mnie do spojrzenia w internet i stałam się bogatsza o wiedzę, z której wynika, że między trzema małopolskimi miastami  toczy się  historyczny spór o to, które z nich pierwsze ogłosiło niepodległość w 1918 roku. A miastami tymi  są  :  Kraków, Tarnów i Zakopane.

        I tak dowiedziałam się, że :

 - z oficjalnej internetowej strony  Miasta Tarnowa można wyczytać, że to właśnie Tarnów był pierwszym niepodległy miastem. Niepodległość ta  zaczęła się właśnie tam w dniu 31 października 1918 roku, o godzinie 7.30. Do godziny 8.00 austriackie władze wojskowe zostały obalone a Polacy obsadzili najważniejsze urzędy i punkty  w mieście jak  starostwo, magistrat, sąd, pocztę, koszary i dworzec kolejowy,

 - władze Krakowa  uważają, że to Kraków  w dniu 31 października był pierwszym miastem, które odzyskało niepodległość, i że  pierwsza wojna światowa zakończyła się właśnie tam, bowiem  Kraków w tym dniu przestał być częścią habsburskiej  monarchii i stał się częścią niepodległej Polski.
Jak natomiast można się dowiedzieć ze strony internetowej  Tarnowskiego centrum informacji 
to wieść o obaleniu władzy austriackiej  w Tarnowie przyspieszyła decyzję o rozbrajaniu Austriaków w Krakowie, które nastąpiło po zajęciu odwachu na Rynku Głównym o godzinie 10.30.

Do godziny 8-ej rano, 31 października austriackie władze wojskowe w Tarnowie zostały obalone. Żołnierze polscy 20. pułku piechoty, POW i harcerze obsadzi1i starostwo, magistrat, sąd, pocztę, koszary i dworzec kolejowy. - See more at: http://www.it.tarnow.pl/index.php/pol/Atrakcje/TARNOW/Ciekawostki/Taka-jest-historia/Tarnow-jako-pierwszy-odzyskal-niepodleglosc#sthash.LBj2TcSJ.dpuf
 - według zaś Rzeczpospolitej Zakopiańskiej  -  państwa istniejącego od 13 października do 16 listopada 1918 r. na terenie Zakopanego i jego okolic - to Zakopane było pierwszym wyzwolonym miastem, gdyż ogłosiło swą niepodległość już 30 października 1918 roku. W tym dniu bowiem polscy oficerowie i żołnierze rozbroili żołnierzy obcych narodowości, przejęli skład broni i stację telefoniczną i oddali się do dyspozycji Organizacji Narodowej.

      Spór z pewnością jest trudny do rozstrzygnięcia, ale jedno jest pewne, że dzięki tym wydarzeniom z przełomu października i listopada 1918 roku mieszkańcy Tarnowa, Krakowa i Zakopanego  11 listopada świętowali w wolnych już miastach .
A sobie i wszystkim, którzy będą czytać ten post życzę  radosnego dnia świątecznego.

 
Do godziny 8-ej rano, 31 października austriackie władze wojskowe w Tarnowie zostały obalone. Żołnierze polscy 20. pułku piechoty, POW i harcerze obsadzi1i starostwo, magistrat, sąd, pocztę, koszary i dworzec kolejowy. - See more at: http://www.it.tarnow.pl/index.php/pol/Atrakcje/TARNOW/Ciekawostki/Taka-jest-historia/Tarnow-jako-pierwszy-odzyskal-niepodleglosc#sthash.LBj2TcSJ.dpuf
Do godziny 8-ej rano, 31 października austriackie władze wojskowe w Tarnowie zostały obalone. Żołnierze polscy 20. pułku piechoty, POW i harcerze obsadzi1i starostwo, magistrat, sąd, pocztę, koszary i dworzec kolejowy. - See more at: http://www.it.tarnow.pl/index.php/pol/Atrakcje/TARNOW/Ciekawostki/Taka-jest-historia/Tarnow-jako-pierwszy-odzyskal-niepodleglosc#sthash.LBj2TcSJ.dpuf


Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ktore-miasto-jako-pierwsze-oglosilo-niepodleglosc-w-1918-rok,nId,305201?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Tarnów był pierwszym niepodległym miastem. Miastem, które w sposób bezprecedensowy powiedziało, że chce być częścią nowego państwa. Niepodległość zaczęła się właśnie tutaj, 31 października 1918 roku, o godzinie 7.30.

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ktore-miasto-jako-pierwsze-oglosilo-niepodleglosc-w-1918-rok,nId,305201?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox
Tarnów był pierwszym niepodległym miastem. Miastem, które w sposób bezprecedensowy powiedziało, że chce być częścią nowego państwa. Niepodległość zaczęła się właśnie tutaj, 31 października 1918 roku, o godzinie 7.30.

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ktore-miasto-jako-pierwsze-oglosilo-niepodleglosc-w-1918-rok,nId,305201?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Czytaj więcej na http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-ktore-miasto-jako-pierwsze-oglosilo-niepodleglosc-w-1918-rok,nId,305201?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

sobota, 9 listopada 2013

Na dobry przeświąteczny nastrój.



     Przed nami Święto Niepodległości, ale to dopiero w poniedziałek a dla wielu rodaków zaczął się wczoraj po południu przedłużony weekend. Ja mam weekend już na okrągło więc mnie już taka sytuacja nie podnieca i jest dla mnie bez znaczenia, ale tym, dla których to czas na wzięcie głębszego oddechu przed następnym tygodniem dedykuję piosenkę Anny Jantar. Listopad to miesiąc nostalgicznych wspomnień i ona do tej grupy wspomnień już należy.




     Mile spędzonego weekendu przed kolejną rocznicą dnia, który przyniósł naszej ojczyźnie niepodległość po 120 latach niewoli pod zaborami,  życzę wszystkim, którzy mnie odwiedzą a i tym, którzy tu akurat dzisiaj nie wpadną.

piątek, 8 listopada 2013

Byli i będą - Maria Rodziewiczówna


Świat książki - Warszawa 2012 r.
    Kazimierz Czachowski, w swej książce " Maria Rodziewiczówna na tle swoich powieści" z 1935 roku tak napisał o "Byli i będą" :
"Poznajemy różne środowiska : arystokrację w stolicy, za granicą i na wsi w Królestwie, uczącą się w Warszawie młodzież z różnych sfer, rozbitków na bruku miejskim,zwłaszcza zaś ziemiaństwo kresowe, uparcie utrzymujące swe placówki narodowego stanu posiadania, które raz stracone, nie byłyby już do odkupienia(...), oraz zagrodową szlachtę krośniańską, prześladowaną nie tylko za patriotyzm, ale i za religię, gwałtem zmuszaną do prawosławia".

   W odległej już przeszłości byłam wielką fanką powieści Marii Rodziewiczówny. Do dzisiaj mam w swojej bilioteczce kilka jej książek a między nimi ukochanego i wielokrotnie czytanego "Dewajtisa". Toteż jak zobaczyłam w Kuferku Książkówki powieść Marii Rodziewiczówny "Byli i będą", biorąc dział w rozdaniu,  wybrałam ją właśnie i udało się. Książka przyciągnęła mój  wzrok również  swą niebanalną okładką, na której umieszczono fragment Pikiety powstańczej  Maksymiliana Gierymskiego. Powstaniec na koniu to wyraźny sygnał, że w  treści książki będzie odniesienie do powstania styczniowego. I tak faktycznie jest, gdyż  akcja książki głównie toczy się na Litwie po 1863 roku, chociaż również w Warszawie, gdzie przebywający, a pozbawieni swej ziemi, kresowiacy  marzą tylko o powrocie w swoje rodzinne strony, gdy lojalna wobec zaborcy arystokracja nie gardząc przejmowaniem w zarząd zarekwirowanych majątków ziemskich prowadzi wystawny tryb życia i bawi się doskonale.
       Upadek powstania styczniowego sprawił, że Polacy mieszkający na Litwie ponieśli ogromne straty nie tylko osobowe, materialne, ale i moralne, gdyż część społeczności polskiej uległa rusyfikacji  przechodząc na prawosławie co zdegradowało ich społecznie w oczach patriotów polskich. Ci, którzy przetrwali próbują wszelkimi sposobami  utrzymać ziemię, która  pozostała w ich rękach, a przy tym wspomagać się wzajem, ale również  dbać o odradzanie się ducha patriotycznego. Wydatnym przykładem takiego postępowania jest matka powstańca Stefana Hrehorowicza, którego majątek  w Kozarach  został po jego śmierci zarekwirowany przez zaborcę, gdy opuściła go wdowa po nim z synem. Starsza Pani Hrehorowiczowa po przeniesieniu się do dworu w Grelach, jedynego majątku, który jej pozostał  staje się ostoją nie tylko dla swych wnuków, których rodzice zostali zesłani na Sybir, ale  i dla będących w potrzebie sąsiadów. Z ogromnym trudem udaje jej się utrzymać tę ziemię dla jedynego syna Stefana, który wychowywany w Warszawie przez matkę i jej ojca na panicza długo nie wie czyim jest synem,  i nie utrzymuje żadnych kontaktów z babką. W jego życiu następuje diametralna zmiana dopiero wówczas, gdy dowiaduje się kim był jego ojciec, a to doprowadza do zerwania z rodziną matki i zbliżenia się do babki.
      Wątek rodziny Herhorowiczów to jeden z wielu, jakie w książce Rodziewiczówny "Byli i będą" się pojawiają. Książka jest bowiem wielowątkowa,  a co za tym idzie i bohaterów ma wielu i z różnych klas społecznych się wywodzących.  A każda postać jest barwna i ciekawie oraz  dogłębnie nakreślona na tle warunków życia na kresach,  na wsi czy też w mieście a przy tym mocno osadzona w fabule książki jak choćby żebraczka, od przybycia której do krośniańskiego zaścianka zaczyna się akcja książki.
      Powstanie z 1863 roku, ruchawka,  jak w książce jest ono określane przez niezbyt mu przychylnych a wręcz nawet przeciwnych, jednych pozbawiło wszystkiego a innych wzbogaciło.  Do tych drugich należał mieszczanin Bohuszewicz, który jednak swą lojalność dla zaborcy przypłacił życiem żony, zgwałconej przez jenisiejców.  Bohuszewicz  mszcząc się sprowadza nieszczęście na  zaścianek krośniański, który w odwecie zostaje spalony, a szlachta w nim mieszkająca wywieziona na Sybir. Ratuje się z tej represji tylko cztery osoby w tym dwójka narzeczonych, Marcelka i Wiktor, którzy po latach ukrywania się w lesie pozostawiają w Grelach swego syna i uciekają do Królewca, skąd wracają po latach z córką i pod przybranym  nazwiskiem osiadając w miasteczku. Historia tych dwojga i ich dzieci to smutny  i  wzruszający wątek w "Byli i będą", który jednak  ku mojemu zadowoleniu dobrze się kończy.
      Jak to w książkach  Rodziewiczównej bywa, mamy i w "Byli i będą" różne odmiany miłości, ale  na pierwszym miejscu jak zawsze jest miłość do ziemi ojczystej. Umierający dziadek Wiktora przekazując mu ostatnią swą wolę tak mówił do wnuka : 

"- No to jakby i wszystko. Dobro i wszystko, co jest, twoje. Trzymaj w garści i pilnuj, ano się w dostatku nie kochaj. Jedno zdechnie, drugie się spali, nie trza się o to turbować. Ale ziemi to nie puść, pazurami, zębami dzierż. Ziemia się nazywa grunt, w niej wszelkie korzenie tkwią, i trawy , i drzewa, i człowieka. Puścisz ziemię, będzie cię wiatr nosił po świecie, suchą łomakę!. A uchowasz ziemię - to choćby cię sto razy od niej oderwali, to wrócisz i zakorzenisz się znowu.
 Oj, święte słowa, święte! - rzekła przeciągle jedna z kobiet.
- A niby to rozumiecie. Jakże, o jakiej ja ziemi to gadam?
- O jakże, o naszej.
- Co to? Naszej?
- Ot, o tych zagonkach, co je od wieku trzymamy.
- Durne wy. Nasze i pod Krakowem, i pod Smoleńskiem. Oj zgłupiał naród, zgłupiał. Bodajby was znowu do szkoły nie wzięli, byście sobie przypomnieli! "

      Rodziewiczówna w swej powieści pisze również o wielkim  przywiązaniu chłopów kresowych do swej wiary, której bronią oni wszelkimi sposobami ponosząc nawet ogromny trud kar finansowych, rujnujących ich gospodarstwa, za nieuleganie naciskom ze strony zaborcy.

     Lubiłam książki Marii Rodziewiczówny za klimat jaki w nich tworzyła. Na ten klimat miał istotny wpływ sposób w jaki pisarka ukazywała między innymi budzenie się uczuć pomiędzy bohaterami w swych powieściach. I w tej jest podobnie, gdyż książka, mimo iż nie ma nic wspólnego z romansem wątków romansowych ma aż cztery, a nawet przez moment pięć, gdy weźmie się również pod uwagę płomienny związek młodego Herhorowicza ze starszą od siebie żoną kuzyna. Sporo miejsca w powieści zajmują sprawy miłości, która łączy młodych nie bacząc na komplikacje wynikające z podziałów społecznych. A są to komplikacje poważne, gdyż jak mają spojrzeć rodzice na miłość swych dzieci do potomków ludzi, którzy ulegli degeneracji społecznej trzymając stronę zaborcy, albo oszukali swych sąsiadów. Te uczucia to jednak pozytywna strona tych związków, gdyż pozwalają  na odradzanie się w młodym pokoleniu polskiego ducha.

    Mogłabym tak pisać i pisać, gdyż "Byli i będą", mimo iż nie są objętościowo obszerną książką,  są jak powieść rzeka. Tyle w niej wartko toczących się wątków, które są ściśle ze sobą powiązane podobnie  jak i  losy jej bohaterów, które się przeplatają i łączą.
Z ogromną przyjemnością powróciłam do prozy Marii Rodziewiczówny i z rozrzewnieniem zagłębiłam się w losy bohaterów jej powieści współczując im i ciesząc się gdy się okazało, że ich losy  mimo różnych przeciwności znajdują szczęśliwe rozwiązanie. Odnalazłam w książce wszystko to co kiedyś sprawiało, że czytałam jej  powieści z ogromną przyjemnością chłonąc słowo i obrazy jakie w nich stworzyła chociaż to co pisała dzisiaj wydawać się być może  przygnębiającym, gdyż sporo w tym smutku i udręczenia wynikającego z sytuacji polityczno społecznej.
     Maria Rodziewiczówna urodzona w lutym 1863 roku, już po zesłaniu jej rodziców na Sybir, z którego powrócili gdy miała 8 lat sama doświadczyła losu jaki stał się udziałem wielu innych rodzin powstańców.  W "Byli i będą", które napisała w 1908 roku zawarła więc sporo z  doświadczeń własnej rodziny, która podobnie jak mąż córki Herhorowiczowej  po powrocie z Syberii osiadła w Warszawie, gdzie żyła w biedzie do czasu, gdy ojciec został administratorem majątku ziemskiego a z czasem odziedziczył majątek Hruszowa po swym bezdzietnym bracie. Maria po śmierci ojca przejęła zarząd nad majątkiem i zarządzała nim do wybuchu wojny. Żyjąc sama na kresach poznała doskonale realia społeczne i kulturowe tych ziem co pozwoliło jej  wiernie  oddać je w powieści, w której stworzyła społeczną i kulturową panoramę kresów w drugiej połowie XIX wieku.

Dla tych, którzy  nie znają języka rosyjskiego pewne trudności może sprawiać sporo nazewnictwa zaczerpniętego z tego języka, którym przeplatana jest   mowa części bohaterów książki,  ale przypisy u dołu stron pozwalają  bez  problemu zrozumieć te pojęcia a książkę czyta się szybko, gdyż jej intrygująca  fabuła sprawia, że trudno się od niej oderwać.Przynajmniej ze mną tak właśnie było.


______________________________________

Książkę przeczytałam w ramach wyzwań : Trójka e-pik, Polacy nie gęsi..., Pod hasłem, Alfabet Rodziewiczówny

środa, 6 listopada 2013

Guillaume Apollinaire - "Dzwony"


    Post o przeczytanej powieści Marii Rodziewiczównej "Byli i będą" powstaje i być może juz jutro zostanie opublikowany. Żywię taką nadzieję. Dzisiaj dzień pochmurny, dołujący więc wrzucam maleńki przerywnik poetyczny.

 Odwiedzając cmentarz, na którym leżą moi dziadkowie i pradziadkowie  ze strony mamy  jak zwykle zrobiłam kilka zdjęć. Cmentarz należy do kościoła parafialnego w Tropiu nad Dunajcem. Jest to parafia, na której terenie  znajduje się pustelnia św. Andrzeja Świerarda, o którym min. pisze Zofia Kossak w swej książce "Szaleńcy Boży" w rozdziale "Puszcza świętego Świrarda". Dzisiaj nie pokażę pustelni, gdyż nie mam jej zdjęć. Natomiast  kościół, który jest przepięknie położony nad samym Dunajcem przechodzącym w tym miejscu w zalew czchowski.


 I dzwonnicę, która będzie tłem do zaprezentowanego dzisiaj wiersza.



Guillaume Apollinaire

Dzwony


Miły kochanku cyganku
Posłuchaj jak dzwonią z kościoła
Kochałeś mnie w majeranku
Gdzie wysokie żyta dokoła

Lecz to było ukrycie
Dzwony z całej hen okolicy
Dojrzały nas w złotym życie
I oplotkowały z dzwonnicy

Jutro mnie Henryk i Łukasz
Urszula Maria Katarzynka
Pewnie z piekarzową piekarz
I Gertruda moja kuzynka

Wytykać będą palcami
Jak swój wstyd ukryję niebożę
Samotna zalana łzami
Umrę z tego może

przełożył Jerzy Lisowski


Wiersz zaczerpnęłam ze strony.

wtorek, 5 listopada 2013

Dwie propozycje Zysk i S-Ka i coś na temat bloggera.

 
       Wczoraj blogger zrobił mnie na szaro. W całym tego słowa znaczeniu. Napisałam rano i opublikowałam post o swych planach czytelniczych na listopad a blogger go nie pokazał w blogrrolu, w którym cały czas pokazuje się stary post. I niestety nie ma wizyt z części blogów co oczywiście odnotowuję  z przykrością.
 Do przeczytania poprzedniego posta więc ponownie zapraszam a teraz zaprezentuję dwie propozycje Zysk i S-ka Wydawnictwo.

 Florencka gra
Michele Giuttari

Międzynarodowy bestseller!
Ćwierć miliona sprzedanych egzemplarzy!

Florencja, piękna stolica Toskanii, której zabytki i dzieła sztuki przyciągają miliony turystów, ma też swoje drugie, mroczne oblicze. Komisarz Michele Ferrara, szef wydziału śledczego policji wie o tym bardzo dobrze – dla niego świat zbrodni to codzienność od ponad dwudziestu lat. W mieście, które jeszcze nie otrząsnęło się po sprawie słynnego Potwora, znów działa seryjny morderca. Nie tylko
zabija swoje ofiary, ale także okalecza ich ciała. Pozostaje nieuchwytny, policja nie jest w stanie znaleźć powiązań pomiędzy poszczególnymi zabójstwami ani przewidzieć kolejnego posunięcia sprawcy.
Do komisarza Ferrary przychodzą anonimowe listy. Czy ich enigmatyczna treść jest powiązana z serią morderstw?
Czy stoją za tym dawni wrogowie Ferrary z okrutnej mafii kalabryjskiej? Czyżby komisarz był następną ofiarą na liście mordercy?


Legion
Elżbieta Cherezińska

Mieli być wyklęci – Okazali się zwycięscy

„Cherezińska pokazuje trudne ludzkie wybory, nie zawsze dobrowolne, i głębokie dylematy. Jedną z takich postaw prezentuje Jakub, PPS-owiec, żołnierz AL, który widzi, że Polska, która przychodzi wraz z Armią Czerwoną, nie jest tą, o którą walczył i o której marzył. Współpracuje nieraz z »ideologicznym wrogiem«, a prywatnie dobrym
znajomym, dowódcą oddziału NSZ, Żbikiem. Innym przykładem jest epizod z berlingowskimi skoczkami przeszkolonymi przez Sowietów. Porucznik Mirosław Petelicki (tak, tak, ojciec tego samego Petelickiego) oddaje transport broni NSZ-etowcom. »Ja jestem przedwojennym chorążym, dostałem broń ze zrzutu z rozkazem, że to dla wojska polskiego.
 – Staje przed Żbikiem na baczność. – I choć mam rozkaz współpracować z Armią Ludową, stwierdzam obiektywnie, że to nie jest Polskie Wojsko. Pan według mego rozeznania reprezentuje naród. I oddaję ten zrzut dla NSZ«.
Ta piękna powieść to gotowy scenariusz na wspaniały film o historii naszego kraju. Mam nadzieję, że kiedyś
nadejdą czasy, że jakiś młody, ambitny reżyser sięgnie po powieść Elżbiety Cherezińskiej i zrobi dobry serial.
Na razie możemy się cieszyć samą książką, do której przeczytania gorąco zachęcam.
Myślę, że powinno się przyznać Autorce szczególna nagrodę, bo powieść ta zrobi więcej dla pokazania
prawdziwego wizerunku NSZ niż niejedna praca naukowa”.


Krzysztof Wojciechowski

     Na "Legion" liczę po cichu.

Zdjęcia i treść pochodzą ze strony Zysk i S-ka Wydawnictwo

poniedziałek, 4 listopada 2013

Czytelniczy listopad w moim wydaniu.



       I znów zaczynam kolejny miesiąc czytając. Czytając, gdyż kończyłam "Gwiazdy patrzą na nas" A.J.Cronina. A książka, wydana przez PAX w 1958 roku   miała ponad 700 stron zapisanych dość  drobnym drukiem. Jak kończę  czytać taką obszerną książkę robi mi się smutno, gdyż zazwyczaj przyzwyczajam się do jej bohaterów - tym razem było podobnie. W każdym bądź razie tak weszłam w niezwykle trudne ich życie, że chętnie przeczytała bym kontynuację ich losów książki, gdyby taka była .

    W listopadzie, podobnie jak w październiku,  też z pewnością nie uda mi się dużo przeczytać, ale może cztery książki, które planuję przeczytać, dam radę przeczytać. A są to :



"Na zawsze wygnańcy" i "Matka chrzestna" to książki recenzyjne

Natomiast "Piotr Pierwszy" / trzy tomy w dwu książkach/ i "Depozyt" to książki, którymi wezmę udział  w listopadowym wyzwaniu sardegny
Te dwie pozycje odpowiadają  wszystkim  trzech kategoriom wyzwania i przy tym pozostanę.
"Depozyt" Joanny Chmielewskiej pozwoli mi wziąć udział również w Polacy nie gęsi i Czytamy polskie kryminały.
Natomiast "Piotr Pierwszy"  Aleksego Tołstoja weźmie udział w wyzwaniach Book-trotter,  Rosyjsko mi  History Books.

Jeżeli się okaże, że uwinę się wcześniej z realizacja planu podstawowego będę chciała wziąć jeszcze udział w wyzwaniu Z literą w tle....jakąś książką  Katarzyny Enerlich  a mam ich nie czytanych pięć.

Wracając do mojej ostatniej zabawy blogowej informuje dziewczęta, które zostały nagrodzone, że  nagrody są gotowe i w tym tygodniu  zostaną wyekspediowane. Można zobaczyć je tu.



sobota, 2 listopada 2013

Zaduszki w w Lipcach .




zdjęcie własne - stara część cmentarza w Tropiu nad Dunajcem


      "Po południu, na nieszpory, jakie się odprawiały raz w rok w cmentarnej kaplicy, pociągnęli wszyscy od Boryny.
      Szli Antkowie z dziećmi, szli kowalowie, szła Józka z Jagustynką, a na końcu kusztykał Kuba z Witkiem — bych już tych świątków zażyć do cna.
     Dzień już przywierał szare, zmęczone powieki, gasnął i zapadał z wolna w przerażające, smutne topiele zmroków; wiatr się poruszył i przeciągał po polach z jękiem, tłukł się między drzewinami a wionął surowym, przegniłym tchem jesieni.
     Cicho było, tą dziwnie posępną cichością Zaduszek; tłumy szły drogą w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie i cichy a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu i opadały bez echa…
     Przed wrótniami, a nawet i wśród mogił, pod murem, stały rzędy beczek solówek, a obok nich rozkładały się gromady dziadów.
     A naród płynął całą drogą pod topolami ku cmentarzowi; w mroku, co był już przytrząsł świat jakby popiołem szarym, błyskały światła świeczek, jakie mieli niektórzy, i chwiały się żółte płomyki lampek maślanych, a każdy, nim wszedł na cmentarz, wyciągał z tobołka chleb, to ser, to ździebko słoniny albo kiełbasy, to motek przędzy lub tę przygarść lnu wyczesanego, to grzybów wianek, i składali to wszystko pobożnie w beczki — a były one księże, były organistowe i Jambrożego, a reszta dziadowskie, a któren w nie nie kładł, to grosz jaki wciskał w wyciągnięte ręce dziadowskie… i szeptał imiona zmarłych, za które prosił o pacierz…
     Chór modłów, śpiewów, imion wypominanych jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrótniami, a ludzie przechodzili — szli dalej, rozpraszali się wśród mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskroś mroków i gąszczów drzew, i traw zeschniętych.
     Głuchy, przyciszony trwożnie szept pacierzy drgał w przyziemnej ciszy; czasem szloch bolesny zerwał się z mogił; czasem lament żałosny wił się w rozdzierających skrętach wśród krzyżów; to jakiś nagły, krótki, nabrzmiały rozpaczą krzyk jak piorun rozdzierał powietrze albo ciche płacze dziecięce — sieroce płacze kwiliły w omroczonych gąszczach niby pisklęta…
     A chwilami opadało na cmentarz głuche i ciężkie milczenie, że ino drzewa szumiały posępnie, a echa płakań ludzkich, skarg, krzyków bolesnych, żałości biły ku niebu, w świat cały szły…
     Ludzie snuli się wśród mogił cicho, szeptali lękliwie i trwożnie poglądali w dal omroczoną, niezgłębioną…
— Każdy umiera! — wzdychali ciężko z kamienną rezygnacją i wlekli się dalej, przysiadali przy grobach ojców, mówili pacierze, to siedzieli cisi, zadumani, głusi na życie, głusi na śmierć, głusi na ból — jak te drzewa, i jak te drzewa kolebały się im dusze w sennym poczuciu trwogi…
— Jezus mój! Panie miłosierny, Mario! — rwało się im z dusz umęczonych zamętem i podnosili twarze zakrzepłe i wyczerpane jak ta ziemia święta, a oczy szare niby te kałuże, co się jeszcze siwiły w mrokach, wieszali u krzyżów i ruchami tych drzew rozchwianych sennie osuwali się na kolana; do stóp Chrystusa rzucali serca strwożone i wybuchali świętym płaczem oddania się i rezygnacji.
     Kuba z Witkiem chodzili razem z drugimi, a gdy już do cna pociemniało, Kuba powlókł się w głąb, na stary cmentarz.
     A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno — tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno — jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały — tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe — tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił… wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie… tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie…
     Kuba wyjął z zanadrza parę oszczędzonych skibek chleba, rwał je w glonki, przyklękał i rozrzucał po mogiłach.
— Pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! — szeptał z przejęciem."{...}

[...]Władysław Stanisław Reymont Chłopi, wyd.GREG, str 101 -102

piątek, 1 listopada 2013

Obchodzimy Święto Wszystkich Świętych.


         Dzisiaj obchodzimy  Uroczystość Wszystkich Świętych, a nie Dzień Zmarłych jak nazywano dzień 1 listopada  w socjalizmie. Kościół katolicki w tym dniu uroczyście świętuje znanych i anonimowych, dawnych i współczesnych świętych.





 Większość z nas spędzi ten dzień na odwiedzaniu cmentarzy, na których leżą nasi bliscy, lub tylko po to by poczuć klimat tych miejsc i zadumać się nad przemijalnością naszego bytu. Nigdzie tak jak  tam nie uświadamiamy sobie, że nasze życie tu na ziemi ma swój kres, tylko nie wiemy kiedy ten kres nadejdzie.

      W  "Gościu niedzielnym" na poprzednią niedzielę Leszek Śliwa tym razem zaprezentował  piękny obraz namalowany  w 1888 roku przez francuskiego  malarza realistę, Emile Frianta. Obraz Fariant zatytułował "Dzień Wszystkich Świętych".


Na obrazie tym malarz pokazał cmentarz w Dieuze - swojej rodzinnej miejscowości w Lotaryngii.

 Fariant zilustrował starą, sięgającą średniowiecza tradycję dawania w Dzień Zaduszny jałmużny żebrakom.W zamian oczekiwano, że żebracy będą się modlić za dusze zmarłe z rodziny swych dobroczyńców. W średniowieczu następny dzień zaczynał się po zmroku toteż wieczorem we Wszystkich Świętych odwiedzało się już cmentarze z myślą o zmarłych i dawało się jałmużnę żebrakom. W XIX wieku te zaduszne obyczaje rozszerzyły się na cały Dzień Wszystkich Świętych. Wówczas to we Francji przyjął się zwyczaj przystrajania grobów przede wszystkim chryzantemami.
I dzięki między innymi tym chryzantemom 1 listopada to  jeden z piękniejszych dni w roku. A jeżeli dopisze pogoda będzie jeszcze piękniej.I oby tak było.


źródło zdjęcia