czwartek, 28 lutego 2013

Ostatnie lutowe nabytki i książkowa niespodzianka.)



          Dzisiaj na polu nareszcie delikatnie słoneczko świeci, ale jest dość zimno. Wiosno, wiosno przychodź, jak najszybciej. Nastrój, który mam od wczoraj poprawiła mi wizyta listonosza, który przyniósł mi oczekiwane książki z wymiany na moim ulubionym portalu wymiankowym  finta.pl. i książkę niespodziankę.

     Ciekawa jestem ile z Was oglądało słynny "Kabaret" z Lizą Minelli w głównej roli. Film miał światową premierę w 1972 roku, czyli już  bardzo dawno temu, nagrodzony był wieloma nagrodami, a samych Oskarów zdobył 8, gdy nominowany był  do 10. Ukazywał lata 30 - te w Berlinie i był po prostu rewelacyjny pod każdym względem i na długo pozostał mi w pamięci. Dzisiaj oglądnęłabym go z ogromną przyjemnością po raz kolejny.


 
   Ogladałam film ostatni raz bardzo dawno i szczerze muszę się przyznać, że nie wiedziałam iż powstał ona na podstawie książek, które napisał angielski pisarz Christopher Isherwood .
I te właśnie książki wypatrzyłam na fincie  prawdziwie za bezcen, okazyjnie i w doskonałym stanie, a oto one: 




Książka niespodzianka natomiast jest przesłana  przez Jacka Getnera do recenzji książka pod tytułem " Pan przypadek i trzynastka"



Książką tą rozpoczyna on serię książek opowiadających o przygodach rodzimego detektywa geniusza.
Już jestem ciekawa jak sobie Jacek Getner poradził tym razem.

środa, 27 lutego 2013

Bo zaufanie trzeba mieć.)



       Dopadł mnie dzisiaj spadek samopoczucia.  Na polu od prawie trzech miesięcy nie ma słońca. Śniegu już też nie ma więc jest niezwykle szaro i ponuro. Syn cierpi fizycznie bo postąpił niewłaściwie i można śmiało rzec, że  poniósł karę,  a mnie boli serce.
Rano usłyszałam tę piosenkę  Andrzeja Cierniewskiego w radiu



i trochę mi lżej.

Jeszcze do jutra można wziąć udział w moim konkursie, o którym tu.


wtorek, 26 lutego 2013

Ziarno prawdy - Zygmunt Miłoszewski.)






         Z Zygmuntem Miłoszewskim po raz pierwszy zetknęłam się czytając jego "Uwikłanie". To w nim poznałam bohatera jego książek, prokuratora Teodora Szackiego. Szacki to inteligentny  i skuteczny śledczy, chociaż jako człowiek prywatnie to zblazowany, nie bardzo zadowolony ze swojego życia prywatnego typ.
      Po romansie z dziennikarką w  "Uwikłaniu",  którym  rozwala swoje, prawdę mówiąc całkiem udane,  małżeństwo ląduje ni stąd ni zowąd  w Sandomierzu. Prowadzona sprawa o zabójstwo zaprowadziła go tam i spodobało mu się w Sandomierzu do tego stopnia, że rezygnuje z pracy w Warszawie i kariery, jaka go tam czekała osiadając  w sandomierskiej prokuraturze, która mu się jawi sielankową w stosunku do warszawskiej, gdzie liczba spraw kryminalnych była niebotyczna w stosunku do sennego Sandomierza, w którym spraw kryminalnych zdawało się być niewiele.
      Jak czytamy,  już w "Ziarnie prawdy", podejmując decyzję o pozostaniu  w pięknym, choć  leżącym na uboczu  mieście  Szacki liczył na nowe, ciekawe życie,  a  w konsekwencji wyboru, jakiego dokonuje  spotyka  go samotność w wynajmowanym mieszkaniu,  wśród ludzi nie darzących go ani sympatią, ani zaufaniem.
      Z marazmu, w jaki w związku z mało ciekawą atmosferą życia prywatnego, jak i zawodowego,  popada  wyrywa go dopiero morderstwo, jakie tuż przed Wielkanocą zostaje popełnione na sandomierskiej, powszechnie lubianej działaczce społecznej, Elżbiecie Budnik. Morderstwo wzbudza ogromną sensację, gdyż zamordowana miała nieposzlakowaną opinię i była ogólnie cenioną osobą, przy czym morderstwo jest wyjątkowo brutalne i mroczne.
         Szacki otrzymuje to śledztwo wbrew swej koleżance po fachu, Barbarze Sobieraj,  tylko dlatego, że nie znał denatki za życia, co powoduje, że początkowo przychodzi mu pracować w klimacie  niechęci, jawnie mu okazywanej,  która z czasem dopiero ulega zmianie, doprowadzając w efekcie nawet do romansu obydwojga. I tu aż się prosi by dodać, że prokurator Szacki, chociaż ogólnie niezbyt zadowolony ze swego trochę zaniedbanego jak sam stwierdza  wyglądu, okazuje się być niezwykle  łakomym kąskiem  dla  sandomierskich erotomanek, które nie dają  mu spokoju  zmuszając do wyczerpującej  erotycznej gimnastyki.
        Zwłoki ofiary mordu  pozbawione całkowicie krwi wskazują na rytualny mord. Również inne ślady jakby o tym świadczą.  Szacki z początki podąża tym tropem, ale kolejne morderstwo, którego ofiarą pada kochanek pierwszej ofiary zmienia jego pogląd na sprawę.
       W sumie, jak w przednim kryminale,  w " Ziarnie prawdy" mamy  wciągającą i bardzo mroczną a nawet wręcz posępną, na pograniczu horroru, intrygę kryminalną, w której jest sporo zadziwiających   zwrotów akcji, trzy trupy oraz prawdziwą i przebiegłą bestię w ludzkiej skórze, tropioną ze zmiennym szczęściem przez Szackiego w towarzystwie Sobieraj  i starego wygi reprezentującego policję śledczą. Przy czym rozwiązanie zagadki śmierci trzech osób w zagadkowych i niezwykle makabrycznych okolicznościach przynosi zaskakujący finał.
      Książkę czytało mi  się bardzo dobrze. Intryga kryminalna emocjonowała  i trzymała mnie w napięciu  aż do nieoczekiwanego końca. A ponadto sporo zawartej w niej treści społeczno obyczajowych  dodatkowo sprawiało, że "Ziarno prawdy" było świetną lekturą, od której trudno było się oderwać.
      Walorem książki dodatkowo jest oczywiście sam Sandomierz ze swym urokiem i klimatem miasta z niezwykłą przeszłością historyczną, którą poznajemy dzięki temu, że stanowi  tło dla rozgrywającego się dramatu kryminalnego.
       Jest też w "Ziarnie prawdy" poruszony  bardzo nośny dzisiaj  problem  konfliktów polsko żydowskich, na przestrzeni wieków, których powodem była nieznajomość min. obyczajów a nawet rytuałów żydowskich, które wytwarzały w polskiej części społeczności potężny strach stając się niejednokrotnie powodem drastycznych i wręcz dramatycznych sytuacji wpływających na wzrastanie wzajemnej niechęci między oboma nacjami. Zygmunt Miłoszewski w książce pisze również o niechętnym stosunku mieszkańców Sandomierszczyzny do powracających po wojnie Żydów, których ocalałe domy były zasiedlane przez Polaków. Nie można powiedzieć by książka wskazywała na antysemickość Polaków, niemniej ta myśl narzuciła mi się w trakcie jej czytania.Stąd nie jestem zdziwiona, że prawa do wydania książki w USA sprzedane zostały przed premierą w Polsce, o czym nas informuje na okładce wydawca.
Czy tylko dla ciekawej intrygi i walorów literackich, których  trudno "Ziarnu prawdy" zaprzeczyć, czy jeszcze coś więcej o tym zdecydowało?


Książkę przeczytałam w ramach  wyzwań :

Trójka e-pik w styczniowej edycji
Z półki,
Czytamy kryminały
Wyzwanie miejskie
Polacy nie gęsi
52 książki

Baza ZwB



poniedziałek, 25 lutego 2013

Szczęście - Władysław Broniewski.)


źródło


       






    Zaglądnęłam dzisiaj  na blog  książkowca DOM Z PAPIERU i po przeczytaniu jej  świetnego, jak zwykle zresztą, posta,  tym razem o Władysławie Broniewskim po prostu nie mogłam się oprzeć, by nie poszukać w miarę tanio w internecie biografii tego poety, napisanej przez  Mariusza  Urbanka "Broniewski. Miłość, wódka, polityka". I znalazłam na allegro, kupiłam a teraz czekam na jej przybycie i cieszę się ogromnie na jej czytanie. Broniewski był jednym z poetów, których wiersze  lubiłam czytać chociaż nie należę do wielkich miłośniczek poezji. Oglądałam kiedyś film o nim i miałam możliwość posłuchania jego głosu a recytował swoje wiersze znakomicie.




Szczęście

 

Największe ze szczęść,
to tylko jego część.

Najpiękniejszy poemat,
to ten którego nie ma.

Najpiękniejsza kobieta,
to może ta?...
jednak nie ta.


niedziela, 24 lutego 2013

Dedykacja na niedzielę.)

źródło

 Zawsze otwarte drzwi

            A.B. Maculay pracował przez kilka lat jako sekretarz wielkiego kaznodziei z Edynburga, Aleksandra Whyte'a.
        W końcu nadszedł dzień rozstania. Na pożegnanie Whyte powiedział:
         - Chciałbym podarować ci coś, zanim nas opuścisz.Mogłaby to być ksiąźka albo mógłby to być obraz, ale w nich nie znajdziesz szczęścia. Dlatego pozwól, że dam ci to.
         Sięgnął do kieszeni i wyjął klucz.
         - To jest klucz do mojego domu. Używaj go, ilekroć będziesz w Edynburgu!
           

        Maculay był wzruszony. Whyte zostawił przed nim zawsze otwarte drzwi.
         I to właśnie  Bóg czyni wobec każdego z nas. Każdy może zawsze, jeśli tylko zechce, wejść do domu Ojca. Trzeba tylko przekręcić klucz.



Tę opowiastkę pochodząca z posiadanej przeze mnie uroczej książeczki "Dobro, które czynisz powraca" J.P. Vaswaniego, pełnej nadziei i optymizmu, a także miłości do człowieka dedykuję wszystkim, którzy mnie dzisiaj odwiedzą.

sobota, 23 lutego 2013

Wspomienia, nowe nabytki książkowe i ponowienie zaproszenia do konkursu.)



       Ni z tego,  ni z owego wytworzyła się  okazja do napisania, krótkiego posta wspomnieniowego, ale nie tylko.Kolejna opinia o przeczytanej książce się pisze, szkoda tylko, że nie sama, tylko to ja muszę nad nią myśleć.
      Jak pisałam w poście tu trzy dni temu odbyłam podróż autobusem do miasta Kraka  by po wielu, wielu latach po raz pierwszy zobaczyć w kinie film.
teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie- photo własne
     A był to film "Les Miserables" czyli "Nędznicy" - musical oparty na  książce Wiktora Hugo o tym samym tytule. Film mi się bardzo podobał czemu dałam wyraz w notce, o które wyżej a po powrocie do domu sięgnęłam po swoje czterotomowe wydanie "Nędzników"



i niespodziewanie z jednej książek wypadł oto taki bury kartonik, który prezentuję z dwu stron.


     I oto proszę, już wiadomo co robiłam 13 czerwca 1981 roku. Jest to, o czym sporo osób z pewnością nie może wiedzieć, bilet PKP. Był to ostatni rok mojej przedmałżeńskiej wolności, a pracowałam wówczas w terenie i w tym dniu odbyłam podróż do kontrolowanego  zakładu. Bilet najwyraźniej posłużył mi za zakładkę przy czytaniu ostatniego już tomu powieści wydanej przez PIW w 1980 roku.
Nie należę do osób sentymentalnych więc poza zdjęciami niewiele pamiątek by u mnie znalazł, ale ten bilet wywołał na mojej twarzy uśmiech, gdyż  przypomniał mi 8 lat życia, w którym to okresie często korzystałam z PKP,a  z  usług których  od wielu lat nie korzystam.
    Tyle wspomnień, a teraz książki, które zdobyłam na babskim portalu  mojeciuchy.pl za korale.
Korale były takie z agatów


a książki są dwie i  takie:

   Nie wiem czy dobrze zrobiłam, ale lubię ruch, jak się to mówi, w interesie, a korale jakoś mimo, że były piękne,  chętnej znaleźć na siebie nie mogły , a tak ja mam książki, a Małgosia z Warszawy korale.
A czy gra warta była świeczki, czy będę z tej wymianki zadowolona okaże sie w praniu, czyli jak przeczytam ksiązki.

  Co o tym sądzicie, może  ktoś je czytał i mnie upewni w tym, że dobrze zrobiłam lub odwrotnie ......)

 Witam wszystkie nowe osoby obserwujące mój blog  a  chętnych na prozę Iwaszkiewicza  zapraszam do udziału w konkursie, o którym tu.

  

piątek, 22 lutego 2013

Moja wyprawa do kina na Les Miserables czyli Nędzników-na podstawie powieści Wiktora Hugo. )

  Przedwczoraj wreszcie od wielu, wielu lat wybrałam się po raz pierwszy do kina, i to tylko dzięki temu, że córka mnie wyciągnęła, gdyż niełatwo mi się z domu wybrać, a co dopiero aż do miasta Kraka, które oddalone jest od mojej miejscowości o 78 km. 

photo własne

     W latach młodości byłam wielką fanką kina i nie opuszczałam prawie żadnej premiery filmowej, ale wtedy mieszkałam w mieście  i do kina się szło a nie robiło wyprawy. Możliwość oglądania filmów w telewizji lub  na DVD sprawiła, że kino, do którego trzeba było się wybrać, zeszło u mnie  całkowicie na boczny plan, na lata.
     Ten wczorajszy wypad  do kina to historyczny moment w życiu moim i mojej córki, gdyż pewno dla wielu byłoby to nie do uwierzenie, ale było to pierwszy wspólnie oglądany film w kinie. Mam nadzieję, że nie ostatni, gdyż po wczorajszym seansie nabrałam znów ochoty na filmy oglądane na dużym ekranie, tyle że w kinach bliżej domu.

      A filmem,  który sprawił, że dałam się córce wyciągnąć z pieleszy domowych w zimie i to tak daleko  jest film, którego oglądanie na małym ekranie telewizora  nie byłoby żadną przyjemnością ani dla oka, ani dla ucha. Film z nominacjami do tegorocznych Oskarów, m.in. w kategorii najlepszy film roku, oparty na motywach powieści Wiktora Hugo" Nędznicy",  zatytułowany "Les Miserables", jednym słowem "Nędznicy".

źródło

    Adaptacja "Nędzników" w wersji musicalowej, której trochę się obawiałam jest,dla mnie osobiście,rewelacyjna.
    Historia Jeana Valjeana, człowieka, który za kradzież bochenka chleba został skazany na 20 lat galer, a później przez resztę swego życia ścigany był przez nieprzejednanego stróża prawa Javerta, przedstawiona w wersji musicalowej  jest  niezwykle  wzruszająco / ja już się wzruszam rzadko, ale obok dało się  słyszeć wzruszenie innych/ i chociaż  znam ją doskonale przecież z czytanej już dawno książki znów odżyła w mojej pamięci.



źródło
                                                      
   "Nędznicy" Toma Hoopera wzbudzają emocje nie tylko treścią, porywają  swym rozmachem i pięknem, ale również, co się dzisiaj nie zdarza zwykłym obrazom filmowym, wręcz porażają swym  chrześcijańskim przesłaniem, zwycięstwa dobra nad złem i nadziei wypływającej z wiary w Boga.
     Niezwykła przemiana jaka  zachodzi w Jeanie Valjeanie  pod wpływem spotkanego biskupa katolickiego, która sprawia, że przestaje świat nienawidzić i otwierając się na innych czynić dobro wybrzmiewa tu niezwykle mocno i wyraźnie.
    Oglądając film, do którego scenariusz napisał William Nicholson
byłam  pod ogromnym wrażeniem  piękna scenografii, kostiumów, a przede wszystkim  muzyki Clauda - Michela Schonberga i wykonania utworów przez aktorów, którzy się moim skromnym zdaniem znakomicie i  niezwykle przekonująco wcielili w swe role. Na szczególne uznanie zasługują oczywiście:  

Anne Hathaway


       Musicalowa wersja "Nędzników" oszałamia wręcz swoją dynamicznością już od pierwszej sceny i  feerią barw, która zmienia się w zależności od rodzaju scen, w godny podziwu sposób  przeplatając smutek z radością i dając moc wrażeń dla ducha, oka i ucha. 

źródło

źródło


   Śpiewani "Nędznicy" tak mnie zachwycili, że oglądnęłabym ich ponownie, gdyby nie to, że by znów doznać silnych  wrażeń nie tylko natury estetycznej, których dostarczył nam reżyser i plejada znakomicie śpiewających i grających aktorów, a które towarzyszyły mi cały czas podczas seansu, znów musiałabym się wyprawić do stolicy naszego województwa,. Film szczerze polecam wszystkim.


środa, 20 lutego 2013

Jarosław Iwaszkiewicz w mojej biblioteczce i szybki konkurs.)




  Po przeczytaniu "Pra - O rodzinie Iwaszkiewiczów" Ludwiki Włodek/ opinia tu / zrobiłam dokładny  przegląd swojego stanu posiadania twórczości Jarosława Iwaszkiewicza , i okazało się, że  wygląda on tak :


a składają się na ten zbiór, wprawdzie niekompletne, Dzieła wydane w 1980 roku przez wydawnictwo Czytelnik.W skład Dzieł, których okładka tak wyglądała/ obwoluty mi gdzieś poznikały/ 


wchodziły  : 

Powieści - mam tylko Sławę i chwałę"
Wiersze - nie posiadam
Proza poetycka - posiadam
Opowiadania - mam 3 tomy
Dramaty - nie posiadam
Podróże - posiadam
Pisma muzyczne - nie posiadam
Rozmowy o książkach  - mam Ludzie i książki
Varia - nie posiadam.

    Niestety 1980 rok już nie był najlepszym rokiem dla wydawnictwa, gdyż w całości wydania pozostała tylko szata graficzna okładek identyczna, natomiast  kolorystyka poszczególnych egzemplarzy /co widać na zdjęciu/ już pozostawiała wiele do życzenia.

  I jeszcze mam taką niewielką pozycję  Marii Iwaszkiewicz, jednej z córek pisarza, a babki Ludwiki Włodek.
Babki, która podobnie, jak jej babka, matka Anny Iwaszkiewicz /zwana w Stawisku Śliwą od nazwiska jej drugiego męża/ porzuciła swoje dzieci pozostawiając je w Stawisku / wychodziła jeszcze dwukrotnie za mąż/   na wychowaniu rodziców  i byłego  męża.





   A  teraz ogłaszam maleńki konkursik.
Okazało się, że mam dwie książki III tomu opowiadań, a w nich min. takie tytuły:
Młyn nad Lutynią
Matka Joanna od Aniołów
Stara Cegielnia

Książka ta, ładnie wydana/ to ta na zdjęciu/ może trafić do osoby, która zgłosi pod tym postem chęć jej posiadania w terminie do 28 lutego i krótko uzasadni dlaczego, akurat do niej powinna trafić.

Jak zwykle dołączę małą niespodziankę biżuteryjną własnoręcznie wykonaną.

Drugim warunkiem jest tylko umieszczenie banerka na swoich blogach.

Zapraszam.

wtorek, 19 lutego 2013

"Pra - O rodzinie Iwaszkiewiczów" - Ludwika Włodek.)


      Właśnie  skończyłam czytać  świetną  książkę, a jest nią Opowieść prawnuczki Jarosława Iwaszkiewicza, Ludwiki Włodek, zatytułowana "Pra - O rodzinie Iwaszkiewiczów"



     Jarosława Iwaszkiewicza, pisarza,  poznałam oczywiście w liceum  czytając jako lekturę jego "Sławę i chwałę". Już nie pamiętam , gdyż było to w końcówce lat 60-tych ubiegłego stulecia czy była obowiązkową czy nadobowiązkową lekturą, ale pamiętam, że czytałam ją z dużym zainteresowaniem. Może uda mi się do niej jeszcze wrócić. A poza tym jeszcze z kilku opowiadań, między innymi tych zekranizowanych, jak "Brzezina" czy "Panny z Wilka". Poezji raczej nie znam, gdyż bliższa mi jest proza niż poezja.Z pewnością wówczas i jego życiorys był mi znany, ale po tylu latach zatarł mi się w pamięci. Ogólnie rzecz biorąc oprócz tego, że pamiętam go jako pisarza  w mojej świadomości istniał do tej pory jeszcze jako wieloletni  prezes  Związku Literatów Polskich.


        Bardzo lubię książki biograficzne, szczególnie, gdy ich bohaterami są znane i wybitne osoby toteż z dużym zainteresowaniem przystąpiłam do czytania " Pra", którą zdobyłam dzięki blogowej wypożyczalni zorganizowanej przez przynadziei, właściciela bloga Notatnik kulturalny, a za pośrednictwem Agnieszki, która ją wcześniej przeczytała, ciesząc się, że poznam go również jako  człowieka - zwykłego, czy też niezwykłego.

          
      Biorąc po raz pierwszy książkę do ręki nawet nie spodziewałam się, że dostarczy mi  tak niezwykle szerokiej wiedzy nie tylko o rodzinie Iwaszkiewiczów i skoligaconych z nią rodzinach, ale również o epoce, w której żyła, a był to przełom dwu stuleci.

   Ludwika Włodek wykonała znakomitą pracę,  przedstawiając  historię swojego pradziadka Jarosława i jego długotrwałego małżeństwa z Anną Lilpop


Przeprowadzka na Stawisko (rok 1928)

na tle licznej rodziny bliższej i dalszej, która  mieszkała stale lub pomieszkiwała z nimi razem w Stawisku, gdzie dom otwarty był dla wszystkich, a na utrzymanie, którego zarabiał wyłącznie on sam,  dając tym samym czytelnikowi do rąk bardzo zajmującą lekturę.


źródło
       Dzięki książce poznajemy ukraiński  rodowód  Jarosława Iwaszkiewicza, który wyjeżdżając w 1918 roku do Polski uniknął ciężkiego  losu swojego starszego brata Bolesława i jego rodziny, którego dopiero w 1943 roku udało się mu ściągnąć do Polski. Na podstawie cytowanych przez autorkę wspomnień poszczególnych, żyjących członków rodziny, listów samego pisarza, czy też jego żony, jak  też zapisów, jakie sam pisarz robił w swych dziennikach dowiadujemy  się czym się parał oprócz pisarstwa,  jakim był mężem, ojcem i dziadkiem, a także pradziadkiem, ale również tego jak głęboko był przywiązany do swoich trzech sióstr i jaką miał cierpliwość, i jakim staraniem  otaczał  wszystkie kobiety, seniorki, które mieszkały w Stawisku włącznie z teściową, która opuszczając swą córkę, a jego żonę Hanię, w dzieciństwie, być może nawet na to nie zasłużyła. I trzeba tu przyznać, że stwierdzenie  przez, przytoczonego w książce, Tomasza Łubieńskiego, iż  "Iwaszkiewicz to prawdziwy Family Man" niezwykle trafnie określało jego osobowość.

       Ludwika Włodek nie pomija w swej książce homoseksualnych skłonności pradziadka, skoro sam pisze o tym w swoich dziennikach nie musi tego faktu ukrywać. Wydawać by się mogło dziwnym, że mimo to małżeństwo jej pradziadków przetrwało, aż 55 lat,

źródło
chociaż Anna Iwaszkiewiczowa bardzo religijna, aż bigoteryjnie,   bezprzecznie  cierpiała wiedząc o kochankach męża, o czym świadczyć może  załamanie nerwowe, jakie przeżyła trafiając na leczenie do Tworek. W książce Ludwiki Włodek  otrzymujemy jednak  na tę wątpliwość odpowiedź, gdyż z jej kart wynika, że Iwaszkiewiczowie, którzy przezwyciężyli niechęć rodziny Lilpopów dla swego małżeństwa,  przez całe swoje życie małżeńskie  głęboko się kochali i szanowali mimo również różnic charakterologicznych czy światopoglądowych, które doprowadzały do gwałtownych sprzeczek, o które nie trudno było w sytuacji gdy prowadzono tak otwarty dom, a Anna Iwaszkiewiczowa, osoba delikatna, intelektualistka nie potrafiła  nim właściwie zarządzać zdając się w tym na służbę.

    Żona, jak wynika z tego co pisze o nich prawnuczka, była jedyną osobą, z którą Jarosław Iwaszkiewicz rozmawiał o o swych politycznych wyborach, o swym udziale w życiu publicznym i bywaniu na salonach w latach 50-tych, które sprawiało, że był poddawany ostrej krytyce  w  środowisku literackim i nie tylko, a  śmierć  jej pozbawiła go sensu życia. Niedługo po pogrzebie odbył jeszcze z córką Teresą  ostatnią  podróż do Paryża, w  którym wielokrotnie bywając z żoną byli, jak sam pisze o tym w Dziennikach, bardzo szczęśliwi, gdyż tam Anna odrywając się  od domowych trosk i kłopotów bardziej rozprężona poświęcała mu więcej  czasu i nie zanudzała  sprawami domowymi, i tam bywali  ze sobą znów tak blisko, jak w pierwszych latach swej znajomości. Po powrocie z Paryża niedługo zmarł w szpitalu do, którego trafił na operację. 

       
      Ludwika Włodek w "Pra" wykorzystując wspomnienia swych najbliższych  opisuje szczerze i szeroko, a przy tym  niezwykle zajmująco,  całą swą rodzinę z jej zaletami i wadami, przytaczając różne ciekawe historyjki, czy też anegdoty  lub plotki ubarwiając w ten sposób swą "Opowieść prawnuczki Jarosława".


źródło
    Odrębny rozdział prawnuczka Jarosława poświęca  zwierzętom na Stawisku, a szczególnie psom swojego pradziadka, do których był ogromnie przywiązany, i których odchodzenie było dla niego niepowetowaną stratą.
        Książkę czytałam wręcz zachłannie,  z dużą przyjemnością,   przy okazji oglądając z zainteresowaniem całe mnóstwo fotografii dokumentujących różne chwile i sytuacje z życia rodu Iwaszkiewiczów. 

         Jedynym co sprawia, że ta  łatwo i szybko czytająca się książka zmusza do powrotów do wcześniej czytanych treści jest ogrom  przewijających się przez nią osób, a więc i nazwisk, które trudno od razu zapamiętać.Niewiarygodne, jak liczne były rodziny polskie jeszcze na początku ubiegłego stulecia, to były prawdziwe rody,  co niestety odchodzi już w zapomnienie.









Książkę tę przeczytałam w ramach wyzwania 





Książkę możesz nabyć  w Selkar.pl

niedziela, 17 lutego 2013

Świątynie zamienia się na meczety.)



   Jednym z wątków w przeczytanym  przeze mnie "Kodeksie Konstantyna" Paula L.Maiera  jest wątek wielkiej debaty pomiędzy chrześcijaństwem a islamem, mającej na celu udowodnienie wyższości jednej z tych religi  nad drugą. Debata ta, w której wzięli udział : główny bohater książki, profesor Oksfordu Jonathan  Weber i  wielki szejk, imam na Uniwersytecie Al-Azhar  w  Kairze,  Al-Raschid,  miała odbyć się w Stambule,
źródło
 o co zabiegał  prawosławny patriarcha. Pisząc to złapałam się na tym, że chcę pisać w Konstantynopolu, gdyż  taka nazwa mi tkwi w pamięci i o ileż bardziej interesująco brzmi, Konstantynopol niż Stambuł, i jaką ma tradycję historyczną,  ta jak mówi, ustami Jonathana,  Maier w książce,  stara ale uświęcona przez wieki nazwa dla miasta, które w/g niego jest chyba najwspanialsze na świecie.


źródło


   Na miejsce debaty wyznaczono zbudowaną w 537 r. przez cesarza Justyniana,  na ruinach świątyni z IV wieku,  Hagię Sophię, inaczej Kościół Mądrości Bożej,  która przez ponad tysiąc lat / 360 - 1453r/ stanowiła główny ośrodek kultu obrządku prawosławnego w imperium bizantyjskim.


źródło


    Świątynia ta  po podbiciu Konstantynopola przez Turków w 1453 roku szybko została przekształcona w meczet stając się najważniejszym meczetem Imperium Osmańskiego. Z jego minaretów nawoływano do modlitwy muzułmańskiej przez prawie 500 lat.

   Mustafa Kemal Atatürk, pierwszy prezydent Republiki Turcji,  decyzją rządu w 1934 roku Hagię Sophię   przemianował  na muzeum mając na względzie  próbę pojednania Turków i Greków.

  Czytając  "Kodeks Konstantyna"Paula L. Maiera miałam możliwość przynajmniej z opisu poznać ten przepiękny obiekt sakralny, którego piękno podziwiać można również dzięki internetowi bez ograniczeń i odbywania podróży.



źródło
źródło




źródło

  Hagia Sofia  dzisiaj  jest jeszcze obiektem muzealnym,  odwiedzanym przez miliony turystów, ale nie wiadomo jak długo, gdyż muzułmanie znów chcą by  stała się meczetem i w tym celu podjęto już kroki  składając w tej sprawie wniosek do parlamentu tureckiego.
  Jak wyczytałam jeszcze z krótkiej notki "Zmieniają kościoły na meczety",  w Gościu Niedzielnym z poprzedniej niedzieli,  ostatnimi czasy meczetami w Turcji  stało się już kilka świątyń chrześcijańskich o znaczeniu historycznym. Biorąc pod uwagę, że na zachodzie Europy świątynie są zamykane, likwidowane i zamieniane na obiekty o innym charakterze, przy równoczesnym powstawaniu coraz większej liczby meczetów, nie są to wiadomości budujące dla nas chrześcijan i świadczące wyraźnie o sile islamu w sytuacji, gdy z chrześcijaństwem walczy się coraz bardziej na różne sposoby, na całym świecie, a chrześcijanie się temu nie potrafią  przeciwstawić.

sobota, 16 lutego 2013

A dzisiaj kilka interesujących tytułów .)



      Finiszuję z czytaniem "PRA" Ludwiki Włodek  a  w trakcie pisania mam post o przeczytanej "Cytadeli " A.J. Cronina, ale zanim się ukaże na blogu dzisiaj prezentuję kilka interesujących w/g mnie  pozycji książkowych  z oferty SELKAR.pl




ŻYCIE NA PÓŹNIEJ Marta Rivera de la Cruz

"Przyjaźń kobiety na zakręcie i mężczyzny z przeszłością, z historią romansu Grety Garbo w tle."

MACOCHA 

Jadwiga Czajkowska

"Ślub z wdowcem można porównać do wejścia do cudzej, jeszcze ciepłej pościeli. I szybko trzeba się zdecydować czy zaakceptować nieznany zapach, zmiętoloną przez kogoś obcego poduszkę,
i się wyspać, czy też uciec gdzie pieprz rośnie i szukać innego posłania."


                     Alekxander Khan

    "Prawdziwa, fascynująca i zarazem przerażająca opowieść chłopca rozdartego pomiędzy dwiema kulturami.
Świat trzyletniego Mohammeda rozsypuje się na kawałki, kiedy zostaje rozdzielony ze swoją angielską matką i podstępnie wywieziony przez ojca do Pakistanu."



  POLSKIE MORDERCZYNIE          
Katarzyna Bonda




   "Ich procesy relacjonowały wszystkie media w Polsce. Wykreowały wizerunek złych, zdegenerowanych, pozbawionych ludzkich uczuć, bezlitosnych bestii w często pięknej skórze. Jak to możliwe, że te kobiety wzięły udział w tak brutalnych zbrodniach, same zabiły albo wszystko ze szczegółami zaplanowały, a do wykonania morderstwa posłużyły się rękami mężczyzn? Jakie są? Skąd wzięła się ich agresja?"

/źródło - Selkar.pl/

piątek, 15 lutego 2013

Lutowe nabytki książkowe, które powiększyły stan mojej biblioteczki.)




       I już połowa lutego za nami, a przed nami okres, w którym pewno wielu z nas na swój sposób się wycisza.I ja też  zamierzam zmienić swoje plany czytelnicze na ten okres by wyciszyć swoje wnętrze chociaż w minimalnym stopniu .Zaczynam od "Listów Nikodema" Jana Dobraczyńskiego, a później  wrócę do kiedyś zaczętej "Szaty" Lloyda C. Douglasa.

A dzisiaj jeszcze o nowych nabytkach książkowych,  w posiadanie których weszłam w różny sposób.

 I tak:


"Kłamcę " Tomasza Białkowskiego wygrałam na blogu




"Intrygantki"  Erica- Emmanuela Schmitta kupiłam sobie w księgarni, która wysłała mi to za darmo.




Trzy kolejne pozycje:
"Piotr i Łucja" Romain Rollanda
"Elias Portolu" Grazia Deledda
"Trzy miłości" Lilian Seymur Tułasiewicz nabyłam sobie w miarę tanio na allegro.
Romain Rollanda/ Noblistę/, jak na razie znam tylko z nazwiska chociaż mam jego" Dusze zaczarowane" od lat w biblioteczce. Może zacznę znajomość z nim właśnie od tej niewielkiej książeczki, a z czasem sięgnę po resztę tego co napisał.
Grazia Deledda też Noblista jest mi zupełnie nieznany. Natomiast Lilian Seymur Tułasiewicz to jedna z moich ulubionych pisarek, a jej książki "Dag córka Kasi" i "Ostanie lato" czytałam już nie raz.

A ostatnie dwie :
"Zaklęty Dwór" Walerego Łozińskiego
"Bieguni" Olgi Tokarczuk.  z biblioteki  Marlowa




"Zaklęty dwór" Walerego Łozińskiego już prawdopodobnie kiedyś czytałam, gdyż był w naszym domu, ale z przyjemnością wrócę do do niego.
Natomiast Olgę Tokarczuk będę dopiero poznawać.

Znane Wam jest cokolwiek z tych pozycji, które zaprezentowałam?

czwartek, 14 lutego 2013

Scena pożegnania Marii z Robertem Jordanem - w "Komu bije dzwon" Ernesta Hemingway'a - jedna z najpiękniejszych scen miłosnych w literaturze. )

źródło

 
"Maria przykucnęła obok niego w milczeniu. Słońce padało na jej włosy, twarz miała wykrzywioną jak dziecko, które za chwilę się rozpłacze. Nie płakała jednak."

 "- Guapa - powiedział do Marii, biorąc ją za obie ręce. - Słuchaj. Nie pojedziemy do Madrytu....
    Wtedy Maria rozpłakała się.
    - Nie płacz, guapa - mówił. - Posłuchaj. Nie pojedziemy teraz do Madrytu, ale gdziekolwiek się znajdziesz, ja zawsze będę przy tobie. Rozumiesz?
    Nie odpowiedziała nic, tylko objęła go i przytuliła mu głowę do policzka.
   - Słuchaj mnie uważnie, króliczku - mówił.
Wiedział, że trzeba się bardzo spieszyć i pocił się mocno, ale to musiało być powiedziane i zrozumiane. -
Teraz odjedziesz. Ale ja pójdę z tobą. Póki jest jedno z nas, jesteśmy obydwoje. Rozumiesz?
   - Nie, ja zostanę z tobą.
   - Nie, króliczku. To, co mam teraz zrobić, muszę zrobić sam. Nie mógłbym zrobić tego dobrze, gdybyś była przy mnie. Jeżeli odejdziesz, ja pójdę za tobą.Nie rozumiesz, jak to jest? Każde z nas, to my oboje.
   - Zostanę z tobą.
   - Nie, króliczku. Posłuchaj. Tego ludzie nie mogą robić razem. Każdy musi przez to przejść sam jeden.
Ale jeżeli odejdziesz, pójdę z tobą. W ten sposób pójdę i ja. Wiem, że teraz pójdziesz. Bo jesteś dobra i kochana. Pójdziesz teraz za nas oboje.
   - Ale mnie będzie lżej, jeżeli z tobą zostanę - odrzekła. - Taj dla mnie będzie lepiej.
   - Tak. Dlatego proszę cię, idź. Zrób to dla mnie, bo to jedno możesz zrobić.
   - Ty nie rozumiesz Roberto. A co ze mną? Mnie gorzej będzie odejść.
   - Na pewno - powiedział. - Ciężej ci będzie. Ale teraz ja jestem także z tobą.
   Milczała.
   Popatrzył na nią; pocił się mocno i powiedział z takim napięciem woli, jak jeszcze nigdy przez całe swoje życie.
   - Teraz pójdziesz za nas oboje. Nie możesz być samolubna króliczku. Musisz spełnić swój obowiązek.
   Potrząsnęła głową.
   - Teraz jesteś ze mną - mówił. - Na pewno to czujesz króliczku. Posłuchaj. Ja naprawdę idę z tobą. Przysięgam ci.
źródło
  Nie odpowiedziała.
  - Teraz już rozumiesz - mówił. - Teraz już widzę, że to dla ciebie jasne. Teraz odejdziesz. Tak,  Już odchodzisz. Juz powiedziałaś, że odejdziesz.
  Milczała.
  - Teraz dziękuję ci za to. Teraz już jedziesz ostro, szybko, daleko i oboje jedziemy w tobie. Daj mi rękę.
A  teraz pochyl głowę. Nie, niżej. O tak. Ja kładę ci rękę tutaj. Dobrze. Jesteś dobra. Teraz już nie myśl więcej. Teraz robisz to, co powinnaś. Teraz mnie słuchasz. Nie mnie, a nas obojga. Mnie w tobie. Teraz odchodzisz za nas dwoje. Naprawdę. Oboje idziemy w tobie. Toci przyrzekam. Jesteś bardzo dobra i bardzo kochana, że idziesz.
  Skinął głową na Pabla, który zerkał na niego spod drzewa; Pablo zbliżył się, a on kiwnął głową na Pilar.
  - Pojedziemy do Madrytu innym razem króliczku - powiedział Robert Jordan.- Naprawdę. A teraz wstań i idź, to pójdziemy oboje. Wstań. Słyszysz?
  - Nie - odparła i objęła go mocno za szyję.
  Zaczął znów mówić, wciąż spokojnie, z rozwagą, ale i z wielką stanowczością.
  - Wstań - powiedział. - Teraz i ty jesteś mną. Jesteś wszystkim, co ze mną zostanie. Wstań.
  Dźwignęła się powoli, spłakana, ze zwieszoną głową, ale zaraz przypadła do niego. Wreszcie, kiedy powtórzył: - Wstań, guapa - podniosła się znowu wolno, ze znużeniem.
  Pilar stanęła obok i wzięła ja pod rękę.
  - Vamonos - powiedziała. - Trzeba ci czegoś, Ingles? - Spojrzała na niego i potrząsnęła głową.
  - Nie - odrzekł i dalej mówił do Marii: - Nie żegnamy się, guapa, bo sie nie rozstajemy. Niech ci będzie dobrze w Gredos. Idź teraz. Idź już. Nie - powiedział ciągle spokojnie, rozważnie, gdy Pilar odprowadzała dziewczynę.- Nie oglądaj się. Włóż nogę w strzemię. Tak. Pomóż jej - rzekł do Pilar. - Podsadź ją na siodło.teraz wsiadaj.
  Odwrócił zlaną potem twarz, spojrzał w dół po zboczu, a później znowu na dziewczynę, która siedziała już na koniu. Obok czekała Pilar, a Pablo za nimi.
  - Teraz jedź - powiedział. - Jedź.
  Chciała się obejrzeć.
  - Nie oglądaj się - rzekł Robert Jordan. - Jedź.
  Pablo uderzył konia rzemieniem po zadzie; przez chwilę Maria jakby próbowała zsunąć się z siodła, ale Pilar i Pablo jechali z obu stron tuż przy niej, Pilar trzymała ją i wszystkie trzy konie oddalały się parowem.
   - Roberto! - krzyknęła Maria obracając się ku niemu. - Pozwól mi zostać! Pozwól mi zostać!
   - Jestem z tobą! - zawołał Robert Jordan. - Jestem teraz z tobą Jesteśmy razem.Jedź.
   Potem zniknęli za zakrętem parowu, a on leżał, mokry od potu, ze wzrokiem wbitym w pustkę."


/Komu bije dzwon- Ernest Hemingway - ZN im.Ossolińskich- str. 647-650/






środa, 13 lutego 2013

Popielec w Chłopach Reymonta i kilka słów o Środzie Popielcowej .)




                 "Msza się skończyła i cały naród w skrusze, a często gęsto i z płakaniem przystępował do ołtarza chyląc pokornie głowy pod popiół, którym ksiądz z głośną modlitwą pokutną posypywał przyklękających./ Chłopi - Władysław  Reymont - Zima - rozdział 12/



               Dzisiaj w kościele katolickim Środa Popielcowa, którą rozpoczynamy  okres Wielkiego Postu.


Popielec czyli pierwszy dzień Wielkiego Postu jest dniem pokuty, przypadającym 40 dni (nie licząc niedziel, które są pamiątką Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa) przed Wielkanocą. Tego dnia kapłan czyni popiołem znak krzyża na głowie wiernego (w Polsce praktykowane jest posypanie głowy popiołem), mówiąc jednocześnie: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz” lub „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” .

Przypomina to każdemu z nas o kruchości życia i nieuchronnej śmierci.
  
Zwyczaj posypywania głów popiołem wprowadził oficjalnie w życie, Papież ,Bł. Urban II, Odon de Lagery, członek zakonu Benedyktynów  z klasztoru w Cluny, siedzący na Stolicy Piotrowej w latach 1088 do śmierci 29 lipca 1099 roku./źródło


Osobiście lubię ten dzień rozpoczynający Wielki Post w naszym Kościele i chętnie schylam głowę pod popiół mając świadomość, że prochem jestem i w proch się obrócę a także, że pokora wobec Boga i ludzi powinna mi na co dzień towarzyszyć.

wtorek, 12 lutego 2013

Benedykt XVI kończy swój pontyfikat.)


                        Benedykt XVI: 

"prawdziwa wolność polega na wypełnianiu woli Boga"


źródło
Wczoraj cały świat  obiegła, wywołując oczywiście mnóstwo zbędnego roztrząsania przyczyn, wiadomość, że Ojciec Święty Benedykt XVI  kończy swój pontyfikat.


Sam Papież uzasadnił to słowami : 

Najdrożsi Bracia,
zawezwałem was na ten Konsystorz nie tylko z powodu trzech kanonizacji, ale także, aby zakomunikować wam decyzję o wielkiej wadze dla życia Kościoła. Rozważywszy po wielokroć rzecz w sumieniu przed Bogiem, zyskałem pewność, że z powodu podeszłego wieku moje siły nie są już wystarczające, aby w sposób należyty sprawować posługę Piotrową. Jestem w pełni świadom, że ta posługa, w jej duchowej istocie powinna być spełniana nie tylko przez czyny i słowa, ale w nie mniejszym stopniu także przez cierpienie i modlitwę. Tym niemniej, aby kierować łodzią św. Piotra i głosić Ewangelię w dzisiejszym świecie, podlegającym szybkim przemianom i wzburzanym przez kwestie o wielkim znaczeniu dla życia wiary, niezbędna jest siła zarówno ciała, jak i ducha, która w ostatnich miesiącach osłabła we mnie na tyle, że muszę uznać moją niezdolność do dobrego wykonywania powierzonej mi posługi. Dlatego, w pełni świadom powagi tego aktu, z pełną wolnością, oświadczam, że rezygnuję z posługi Biskupa Rzymu, Następcy Piotra, powierzonej mi przez Kardynałów 19 kwietnia 2005 roku, tak, że od 28 lutego 2013 roku, od godziny 20.00, rzymska stolica, Stolica św. Piotra, będzie zwolniona (sede vacante) i będzie konieczne, aby ci, którzy do tego posiadają kompetencje, zwołali Konklawe dla wyboru nowego Papieża.

Najdrożsi Bracia, dziękuję wam ze szczerego serca za całą miłość i pracę, przez którą nieśliście ze mną ciężar mojej posługi, i proszę o wybaczenie wszelkich moich niedoskonałości. Teraz zawierzamy Kościół święty opiece Najwyższego Pasterza, naszego Pana Jezusa Chrystusa, i błagamy Jego najświętszą Matkę Maryję, aby wspomagała swoją matczyną dobrocią Ojców Kardynałów w wyborze nowego Papieża. Jeśli o mnie chodzi, również w przyszłości będę chciał służyć całym sercem, całym oddanym modlitwie życiem, świętemu Kościołowi Bożemu.
/źródło materiału /


Kardynał Angelo Sodano, dając wyraz swemu zaskoczeniu powiedział, że wiadomość ta to "grom z jasnego nieba".


I takie zdjęcie wykonane wczoraj  przez  Alessandro Di Mei pokazały  media na całym świecie.

 foto: PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO


 /źródło materiału /